http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Być inspiracją...

Wyróżniony Być inspiracją...

Czas na kolejny piątkowy artykuł o kobietach. Bohaterką dzisiejszego tematu jest zwyczajna dziewczyna, z niezwykłą osobowością. Jej historia stała się dla mnie inspiracją. Wzrusza, nadaje życiu większy sens, pobudza do refleksji, inspiruje do działania, pozwala dostrzegać i doceniać małe szczegóły, które otaczają nas na co dzień. Paradoksem jest to, że są wśród nas ludzie, którzy poprzez samobójstwo potrafią odebrać sobie życie i ci, którzy ze wszystkich sił walczą o to, by móc przeżyć kolejny dzień.   


Każdy następny dzień daje nam nowe obowiązki, a my staramy się, aby wszystko wykonać jak najlepiej, perfekcyjnie. Jednocześnie wciąż  wyczekujemy przyszłości, odliczamy do piątku, sylwestra, potem do 1 września i cały proces zaczyna się od początku. Mamy wypełnioną każdą chwile naszej codzienności, zazwyczaj robimy parę czynności naraz, cały czas będąc zabiegani czy to w supermarkecie czy aptece. Nie dostrzegając otoczenia wokół, mijanych ludzi na ulicy. Zamartwiając się nieopłaconymi rachunkami, przybywającymi zmarszczkami. Podczas gdy zwykła codzienność wymyka nam się z rąk, lecą lata, chwile których nie potrafimy cofnąć. Człowiek dwudziestego pierwszego wieku nigdy nie ma czasu, często brakuje go dla rodziny, znajomych. Współcześnie wciąż  gonimy za karierą, pieniędzmi, lepszymi warunkami mieszkaniowymi. Pod koniec dnia, obdarci z energii, przez wciąż niedającymi się wykonać zadaniami, padamy przed telewizorem i oglądamy wiadomości. Gdzie słyszymy o milionach umierających dzieci w Afryce, ubóstwie w Slumsach, poległych na wojnach w Korei Północnej. Czasem  się wzruszymy, zapłaczemy, ale chwile później zapominamy o tym, jak o książce którą przeczytaliśmy miesiąc wcześniej, ponieważ problem nie dotyczy bezpośrednio nas samych.  Ja też się takim trybem żywiłam. Do momentu, kiedy poznałam ją…

„Bo życie jest krótkie, po co czekać…”
   Wioletę i Łukasza Wolniewicz poznałam zaledwie pół roku przed jej śmiercią. Przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania i chcieliśmy poznać sąsiadów z mieszkania obok. Z przelotnych spotkań na korytarzu bloku wywnioskowaliśmy: młode, żywiołowe, kochające się, szczęśliwe i beztroskie małżeństwo. Postanowiliśmy wraz z mężem zorganizować wieczór zapoznawczy, by dać początek nowej relacji sąsiedzkiej. Wieczór okazał się udany. Sąsiedzi zaproponowali, by  kolejne spotkanie odbyło się u nich, gdy tylko Wiola skończy remont salonu. – Co prawda remontowaliśmy rok temu mieszkanie, ale postanowiłam sama odnowić salon – zaśmiała się i dodała: – Bo życie jest krótkie, po co czekać.

Zgodziłam się z tym  bez głębszej refleksji nad jej słowami. Po chwili jednak miały one nabierać większego sensu. Dowiedzieliśmy się, że Wiola od trzech lat walczy  z nawracającym się rakiem. – Najbardziej przeżyłam moment, gdy się dowiedział o chemioterapii, po której wiedziałam, że stracę włosy. Było to przed Świętami Bożenarodzeniowymi. Modliłam się, by przetrwały do końca Świąt. Tak też się stało... - powiedziała. Zadziwiła mnie otwartość i szczerość małżonków z jakim rozmawiali o chorobie. – Nie robimy wokół tego tabu. Staramy się o tym nie myśleć i żyć pełnią życia – przyznali małżonkowie. – Chcę żyć aktywnie, chodzę do pracy, mimo że nie muszę. Mogłabym siedzieć w domu i być na zasiłku chorobowym. Nie wytrzymałabym tak. Wtedy każdy dzień przypominałby mnie o chorobie. A ja mam potrzebę wyjścia do ludzi – dodała Wiola. Zrobiło to na mnie niezwykłe wrażenie i nakłoniło do przemyśleń. Spowodowało, że z pierwszego wrażenia wyeliminowałam przymiotnik „beztroskie”, bo reszta się zgadzała.

Choroba Wioli rozwijała się w bardzo szybkim tempie. Pierwszego czerwca tego samego roku (2014) dowiedziałam się o jej śmierci. Pamiętam, że prasowałam i rozmyślałam nad tym ile rzeczy jeszcze mam do zrobienia, zła, że nie nadążam z obowiązkami, by wszystko było na miejscu i perfekcyjnie lśniło. Odstawiłam żelazko,  zadrżałam, usiadłam i przez parę chwil nie mogłam się ruszyć. Po czym wstałam, przytuliłam dzieci. Uświadomiłam sobie jak względny jest czas. Dla jednych to walka o kolejny dzień, a dla drugich gonitwa by posprzątać kolejny pokój, zdążyć z obiadem, wyprasować rzeczy, które i tak się pogniotą w szafie. Postanowiłam, że od tej chwili najważniejsze dla mnie będą uczucia do moich bliskich, że każda minuta poświęcona bliskości z nimi stanie się największym priorytetem  w  moim życiu.

Pragnęła być inspiracją
   Rak – współczesna dżuma, z którą walczy wiele osób na świecie. Pozbawia radości życia niewinnym dzieciom, młodym ludziom. Dlaczego więc akurat Wiola stała się  dla mnie inspiracją? Bo pomimo choroby potrafiła funkcjonować normalnie, nie użalać się nad sobą tylko żyć pełnią życia. Chciała ludziom pokazać, że choroba nie powinna ich ograniczać, lecz zdeterminować do czerpania radości z każdej sekundy, nie zamykać się w domu, lecz wyjść do ludzi.

– Przyszła kiedyś z pracy i powiedziała, że chce sobie zrobić tatuaż „być inspiracją”. Zapytałem, dlaczego akurat taki tekst? Odpowiedziała, że spotkała w pracy kobietę, która chciała kupić bluzkę z długim rękawem w środku upalnego lata, by ukryć ślady na rękach po chemioterapii. Wiola ściągnęła perukę, którą wówczas nosiła i powiedziała klientce, żeby się nie wstydziła swojej choroby. Kobieta zdumiona tym gestem zdecydowała się na bluzkę z krótkim rękawem. Po czym usiadła obok mnie i powiedziała „Łukasz chciałabym być inspiracją” – opowiada Łukasz Wolniewicz.

Miała w sobie zadziwiająca charyzmę i siłę psychiczną
   Chorzy często nie dopuszczają do siebie myśli o śmierci, nie rozmawiają o tym. Wiola wręcz przeciwnie, gdy się dowiedziała, że nie wiele czasu jej zostało, pragnęła mieć nad tym kontrolę. – Nie wiem skąd czerpała tyle energii. Codzienne po pracy przychodziła i pracowała nad remontem salonu, sama wszystko chciała zrobić. Cegłami ozdobiła całą ścianę, co dla mnie jako faceta, było uciążliwe. Gdy zapytałem dlaczego to robi? Przecież możemy wezwać fachowca. Odpowiedziała, że chce zostawić po sobie ślad– mówi mąż Wiolety. – Nie wyobrażam sobie, żebym ja miał tyle odwagi, co ona. Zaplanowała wszystko, przebieg pogrzebu: przygotowała wiersz z ostatniej książki którą przeczytała – „Dowód” i rozkazała, by w żadnym wypadku nie urządzać uroczystości żałobnej. Nie chciała wianków, tylko same róże. Wybrała cmentarz, w którym chce być pochowana. Mówiła nawet o mojej przyszłości, gdy jej zabraknie i zawsze podkreślała, żebym nie nosił czarnych rzeczy na znak żałoby. Twierdziła, że uczucia nie są na pokaz – dodaje.   

Życie nie było łaskawe dla naszej bohaterki. Od najmłodszych lat uświadomiło ją o swojej srogości. Jako nastolatka doświadczyła śmierci rodziców. Wychowywała ją babcia. W momencie, gdy odnalazła miłość, oparcie, szczęście i założyła swoją rodzinę, los postanowił wymierzyć jej kolejny cios w postaci choroby. Na przekór wszystkiego walczyła i zostawiła po sobie ślad – wzór do naśladowania.  

Najdrobniejsze szczegóły naszego życia, małe detale, zwykłe słowa są tym, co najważniejsze w byciu szczęśliwym. Nie chodzi o pieniądze, majątek, posiadłość czy też najnowszy samochód. One mogą jedynie stworzyć wygodniejsze warunki. Więc nie zapomnijmy o najprostszych gestach, dotyku, intymności, wzajemności. To one wpływają na jakość naszego jakże krótkiego żywota. Cieszmy się każdą sekundą , każdym porankiem i zachodem słońca.   Tego mnie Wiolu twoja historia nauczyła. Niech ten artykuł będzie z mojej strony gest upamiętniający rocznicę twojej śmierci. Wiolu! Byłaś, jesteś i będziesz inspiracją dla wielu osób. 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.