http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpghttp://informacjelokalne.pl/images/banners/nbaner01.jpg

Cała Polska z was się śmieje, zwyrodnialcy i złodzieje!

Wyróżniony Cała Polska z was się śmieje, zwyrodnialcy i złodzieje!

Po ostatnim szumie związanym z łowiectwem, taka parafraza wystąpienia dwóch klasyków głośnego hasła, jest w pełni adekwatna do „obowiązującej” opinii o polskich myśliwych. Swoją drogą, bardzo mnie dziwi publiczne potępianie łowiectwa, przez „naczelnika Państwa” dlatego, że ktoś taki oprócz swoich prywatnych poglądów – do których każdy ma prawo, powinien też obowiązkowo uwzględniać podczas swoich wypowiedzi to, co wynika z oficjalnego stanowiska  ludzi odpowiedzialnych za ten dział gospodarki kraju, którym on de facto kieruje.


Ja sam nie poluję już kilkanaście lat i formalnie nic mnie z łowiectwem nie łączy, ale czy to znaczy, że człowiek posiadający jakąś tam wiedzę w temacie, który innych bulwersuje, ma milczeć i udawać, że wszystko jest cacy gdy faktycznie propaguje się bzdury piramidalne? Otóż ja jestem zawodowo  z branży, która „kopie” i może zabić, czyli elektryki. Trudno mnie więc wyobrazić sobie sytuację, abym - pomimo emerytury - nie zareagował, gdybym widział zagrożenie ze strony prądu, którego na dodatek nie widać. Wszystko zaś to, co związane jest z łowiectwem widać i słychać wręcz doskonale, więc problem jest tym większy.

O łowiectwie pisałem tutaj wielokrotnie, więc ktoś zapyta, po jakiego grzyba znowu to robię? Otóż sprawa jest oczywista z tego względu, że temat jest wciąż podnoszony w mediach i najczęściej jest to przekaz adekwatny do tytułu mojego felietonu. Powszechnie bowiem, to myśliwi są postrzegani przez społeczeństwo jako kasta wyniesiona i uprzywilejowana, do której należą ludzie majętni, aroganccy i zepsuci. Najprostszym i podstawowym pytaniem, które bądź to ucina lub otwiera dyskusję o łowiectwie jest to, które brzmi tak: czy uprawianie łowiectwa jest fanaberią jakiejś grupy ludzi, która „dorwała się do władzy” i uzurpuje sobie prawo do posiadania broni i mordowania biednych zwierzątek, czy też jest usankcjonowaną przez prawo formą utrzymania ładu w przyrodzie, która na skutek działalności człowieka - i to od zarania dziejów, została zakłócona i w żaden sposób nie jest zdolna powrócić do samoregulacji. Odpowiedź na tak postawione pytanie jest oczywista dla mnie, ale jak wynika z kontekstu, nic to nie znaczy dla tak zwanej opinii publicznej i gdyby to tylko było możliwe i nie absurdalne, to ja bym postulował wstrzymanie polowań na jakieś pięć lat od zaraz. Myślę, że tyle czasu by wystarczyło na wyciągnięcie odpowiednich wniosków, a wszyscy myśliwi by jeszcze nie wymarli i miałby kto odbudować polskie łowiectwo. Naiwnością bowiem i skrajną głupotą jest przekonanie wielu, że do polowania wystarczy sztucer z lunetą i nic więcej.

Problemów z łowiectwem jest wiele. A to myśliwi przegnali kogoś z lasu, a to rozbili komuś okno balkonowe, lub też kogoś zabili. Cóż, to prawdziwe dranie i trzeba ich ustawić w szeregu! Ja, chociaż już nie poluję, staję pierwszy w ordynku i odpowiadam.

Polowanie odbywa się w terenie otwartym i strzela się tam ostrą amunicją  o znacznym zasięgu (nawet kilku kilometrów) ciężko więc, aby tego typu wypadki kompletnie wyeliminować, gdy np. wojsko, które w czasie pokoju trenując na zamkniętym terenie poligonu, powoduje identyczne wypadki. Czy można więc mieć pretensje do myśliwych, którzy proszą kogoś o chwilowe opuszczenie terenu, na którym odbywa się legalne polowanie dlatego, że „można otrzymać kulkę”. A nie można? Jakkolwiek ktoś to widzi lub przedstawia, to można, a myśliwi mają narzucone plany odstrzału i muszą je – pod rygorem prawa, zrealizować. Gdzie? Na księżycu? Kiedy? Pewnie 30 lutego. Tutaj podam przykłady z życia, bo ono pisze rozmaite scenariusze, nawet nieprawdopodobne. Każdemu się np. wydaje, że dzikie zwierzęta uciekają od ludzi i trzymają się od nich z daleka…

Szedłem sobie leśnym duktem i zbliżałem się do skrzyżowania z innym. Był cichy i pogodny grudniowy poranek. Po prawej miałem młodnik, który ograniczał widoczność do góra kilkudziesięciu metrów. Nagle, nie wiadomo skąd i dlaczego pojawiło się w nim stado danieli do których mogłem legalnie strzelać. Strzelanie przy użyciu celownika optycznego ładnie wygląda w telewizji, ale dla człowieka nie obytego z lunetą, skutkuje najczęściej kompletną klapą, czyli nie zobaczeniem w niej niczego, oprócz czarnego szkła okularu, rzecz jasna, że to tylko nawiasem, bo dla każdego praktyka, jest to kwestia sekundy, nie dłużej trwa czas decyzji o oddaniu strzału, a potem to już „jest po ptokach” Oczywiście, że w tym krótkim czasie trzeba wykluczyć wszelkie zagrożenia – teoretycznie. Kto bowiem mógł w opisanej sytuacji przewidzieć, że tuż za zakrętem grupa robotników leśnych rozpaliła sobie ognisko i zasiadła  do śniadania. Wielu „mądrych” powie, że cel trzeba dokładnie rozpoznać. Rzecz w tym, że ja rozpoznałem go bez dwóch zdań. A czy mogłem przewidzieć to, że stado danieli przyszło podzielić się z ludźmi śniadaniem? Nie, tego przewidzieć nie mogłem. Czasem zaskakują nas dzikie zwierzęta, ale czasem, to zaskakują nas ludzie i wtedy o tragedię bardzo łatwo.

Siedziałem kiedyś na ambonie, było to w okresie grzybowym, więc spotkanie z amatorem borowików nie byłoby niczym szczególnym gdyby nie pora tego zdarzenia. Myśliwy zazwyczaj zasiada na ambonie gdy słońce jeszcze świeci nad  lasem i siedzi na niej do czasu, aż się kompletnie ściemni. Nie inaczej było i tym razem, gdy w pewnej chwili doleciały do moich uszu znajome szmery i trzaski pękającego chrustu, ale wnet zamiast tęgiego odyńca, z lasu wynurzył się jegomość z koszyczkiem i nosem tuż przy ziemi. Pewnie był to Sokole Oko albo zwykły  wariat, który grzebiąc w ściółce miał nadzieję znaleźć w niej trufle.

Innym razem siedziałem na ambonie pod lasem i miałem rozległy widok na okoliczne pola i pobliską wieś. Miało się ku wieczorowi, gdy ze wsi wyszła gromada rozwrzeszczanej młodzieży, która  władowała się na pole ziemniaków, którego „pilnowałem” i zaczęła złodziejskie wykopki. Zrozumiałem, że to pensjonariusze tzw. sezonu, którzy postanowili upiec sobie ukradzione pyry. Rzecz w tym, że nie było to działka PGRu, tylko deputat załogi i ktoś zauważył złodziei. Ten ktoś wsiadł na motor i ruszył ratować swoje mienie. Tak czy siak, polowanie miałem z głowy i wyruszyłem w stronę swojego pojazdu, a o złodziejach którzy uciekli do lasu jaki i o motocykliście zapomniałem. Zrobiło się już ciemno gdy przechodziłem obok pola kukurydzy gdy ktoś z niej wyskoczył i oburącz mnie „przytulił” oświadczając, że teraz to mnie już ma! Przyznaję, że na chwilę zgłupiałem i mogło się wtedy zdarzyć wszystko, w końcu byłem dobrze uzbrojony ale szybko ochłonąłem i uspokoiłem wariata.

Kiedyś polowaliśmy zbiorowo w okolicach Michalczy i z miotu który braliśmy, wyszedł sobie człowiek z koszykiem na grzyby, co nie było niczym szczególnym, ale po co był mu tam potrzebny pies, tego to już ja nie wiem.

Gdyby w którymkolwiek z tych zdarzeń stało się coś złego człowiekowi a nawet psu, to zawsze winien by był myśliwy. Dobrze, że ja mam już to wszystko za sobą.
Więcej w tej kategorii: « Głupi Lech Targowisko Piłsudskiego »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.