http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Kość z kości…

Wyróżniony Kość z kości…

Od paru lat, przy ulicy która przebiega obok domu w którym mieszkam, każdego 27 dnia grudnia, gdy tylko się ściemni rozpoczyna się uroczystość patriotyczna. Grupa młodych ludzi rozpoczyna spektakl ku pamięci Tych, których nie mieli okazji poznać osobiście, bo z racji biologii wszyscy oni odeszli już do wiecznej chwały. Ja jestem z tego pokolenia, że wielu z nich miałem za sąsiadów i znajomych. Teraz, ku ich czci, zgromadzona na ulicy młodzież wznosi patriotyczne okrzyki, pali kolorowe race i inicjuje wybuchy. Dziękuję Wam młodzieńcy za to, że wam się jeszcze chce, Im też się chciało, chociaż wtedy to nie była zabawa…


Mieszkamy w Polsce i nikt z nas sobie nie wyobraża tego, że tak nie wiele brakowało, żeby było zupełnie inaczej i byłby to istny paradoks historii, że ziemie które wydały twórców naszego państwa i od których wywodzi się nazwa naszej Ojczyzny, pozostałyby poza jej granicami dlatego, że ponad stuletnie oddziaływanie zaborcy, który - czy nam się to podoba czy nie, stał na wyższym poziomie rozwoju i odcisnął tym swoje piętno na podbitych i był bliski zrealizowania swoich interesów. Bez dwóch zdań,  głównym czynnikiem integrującym Polaków, czyli siłą odróżniającą dwie nacje, była wiara którą oni wyznawali i język w którym słuchało się kazań. Ba, były sytuacje, ze nawet etniczni Niemcy, którzy najwidoczniej osiedli tutaj przed reformacją i należeli do Kościoła Katolickiego, nawet w obliczu późniejszych doświadczeń z Hitlerem, uznali się z tego powodu za Polaków. A sprawa nie była prosta, bo każdy ma tylko jedno życie i chciałby je spędzić w miarę dobrych warunkach materialnych, którymi dla Wielkopolan przysłowiowa „galicyjska bieda”, była zaprzeczeniem.

Pamiętam mojego sąsiada, powstańca i żołnierza Piłsudskiego, z którym poszedł on na  wschód, a potem podczas tragicznego odwrotu bronił Ojczyzny jako jeden z członków stutysięcznej armii wystawionej przez Wielkopolan, gdzie ogniem na wprost wali w sowietów na przedmieściach Warszawy. To był prosty człowiek, pochodził z pobliskiego Kosmowa i do powstania poszedł… bo tak kazała hrabina z Czerniejewa, ale za nic miał okrzyki Rosjan, którzy nazywali takich jak on, „pańskimi parobkami” obiecując sowiecką wolność po poddaniu się ich armii. Z drugiej strony czy można mieć pretensje do siedemnastolatka urodzonego w niewoli, że widział świat takim, jaki on był? A pieniądze były wtedy szczerozłote, a w sklepiku wszystko było niemieckie i sprzedawali tam za fenigi prawdziwe towary kolonialne, które pachniały egzotyką i dalekim światem.  Jego starszy brat zginął wprawdzie gdzieś na Morzu Północnym, ale pływał na prawdziwym okręcie i to podwodnym. Pamiętam, jak będąc już starym człowiekiem w czasach siermiężnego PRLu pytał: Po co nam to było? Czy byłoby nam źle u Niemca? Tak mówił widząc i czując realia komunizmu, ale w czasie próby nie żałował krwi i potu dla Tej, o której słyszał w domu i kościele. Inny mój sąsiad w 1918 roku wracał przez Poznań z pierwszej światówki i nie poczekał na pociąg do Gniezna, bo w Poznaniu wrzało i jemu zagotowała się krew, dołączył do powstańców.

Inny, był w pruskiej szkole prymusem i był przez niemieckiego wizytatora przedstawiony klasie jako wzór i wstyd dla kolegów, którzy w domu mówili po niemiecku, ale tenże Anton w 1918 roku zmienił nie tylko imię i bez wahania złapał za broń. Znałem ich jeszcze kilku, dzisiaj już wszyscy leżą na naszym cmentarzu, gdzie rodacy wystawili okazały pomnik tym, którzy z powstania nie powrócili żywi. Ci którzy wrócili szczęśliwie, nie musieli długo czekać na wizytę potomków kajzera i jak się wydaje, jeżeli byli tylko szarymi uczestnikami powstańczego zrywu, jakoś przeżyli  hitlerowski ordnung, ale ktoś, kto w międzywojennym dwudziestoleciu kultywował swój udział w narodowym zrywie i dał się z tego poznać miejscowym Niemcom, rychło  znalazł się na liście i już w pierwszych dniach okupacji był ścigany jak pies. Syn jednego z nich w zredagowanej przeze mnie książce wspomina: Niemcy przyszli do naszego domu i od razu podeszli do szafy, gdzie wisiał powstańczy mundur ojca. Nie wzięli go nawet do ręki, tylko nadziali na bagnet karabinu, wynieśli na rynek i spalili.  Ojciec nie miał złudzeń i nie dał się złapać ani namierzyć do końca wojny. Zmienił nazwisko na Sroka i całą okupację przesiedział w Warszawie. Moją matkę zaś zapędzili Niemcy przed pałac i przywiązali do drzewa, miała im powiedzieć, gdzie jest jej mąż. Sądzę, że sama tego nie wiedziała…

W pobliskim Pawłowie urodził się kapitan Paweł Cyms, który był pruskim oficerem i w oczach swoich przełożonych - zdrajcą. To był bardzo niepokorny zawadiaka, Niemców zdradził i poszedł bić się z nimi za Polskę, a już w czasie tych walk wykazał się niesubordynacją i poszedł na Inowrocław, aby wyzwolić Kujawy. Dzisiaj ma on ulicę i grób w Gnieźnie, a w Pawłowie tablicę na budynku szkoły w której się urodził,  siódmego stycznia zostanie poświęcony skwer jego imienia w rodzinnej wiosce.

Młodzież na ulicy krzyczała: Chwała bohaterom! Chwała na wieki.
Więcej w tej kategorii: « Święto Trzech Króli Jubileusz »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.