http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

„Owoc zatrutego drzewa”

Wyróżniony „Owoc zatrutego drzewa”

Tytułowego zwrotu z lubością używa pan poseł Ryszard Kalisz, w „cywilu” adwokat. Ja co prawda nie wiem o jakie drzewo chodzi, ale może jest to jabłoń, bo powszechnie wiadomo, że to właśnie owoc tego drzewa źle się nam kojarzy, było przecież (no, to akurat nie było zatrute) rajskie jabłuszko, oraz jabłko zatrute z popularnej bajki braci Grimm. Pan poseł używa jednak pewnej przenośni, bo chodzi mu faktycznie o zatruty dowód rzeczowy…


Wakacje za pasem, a w polityce więcej niż ciekawe czasy (pozdrawiam Wuja Michała, tego od badania zawartości masła w maśle) które nadeszły wcześniej niż się spodziewaliśmy, ogólnie, to jest zabawnie i wesoło, więc i ja zacznę od wymyślonej ad hoc, chociaż na użytek tego felietonu bajki.

Jasiu mieszkał w leśnej wiosce, która szczyciła się też pięknym jeziorem. Kiedyś przyjeżdżali tam wędkarze i turyści, ale od paru lat coś się tam zmieniło, kilku bogatych mieszczuchów pobudowało w okolicy odcięte od świata rezydencje. Normalne wiejskie chałupy, nie były w żaden sposób odgrodzone od zewnętrznego świata. No, ktoś tam sprawił sobie płotek z chrustu, aby mu lisy drobiu nie kradły, ale nowi państwo żadnych tam kur ani indorów nie hodowali, po cóż im więc dwumetrowy płot z betonu?

Ciekawość, to ponoć pierwszy stopień schodów prowadzących do piekła, ale ciekawość jest zwykle bardziej rajcująca, niż obawa potencjalnie możliwych ogni piekielnych. Tak przynajmniej było z naszym Jasiem, którego zżerała ciekawość.  Wszystkie nowe rezydencje postawiono na wyrąbanych w lesie polanach dlatego, żeby było tam cicho i dyskretnie, ale żeby też docierało tam kochane słoneczko, oczywiście. Jasiu zaś nieraz widział, kto do owych zamkniętych przed światem fortec przyjeżdżał i nie trudno było mu sobie wyobrazić, co też tam robią te piękne panie, kiedy słońce staje w zenicie. Na myśl o tych cudach, też mu coś tam stawało dęba, bo był to chłopak młody i zdrowy, a orientację miał jak najbardziej zgodną z wolą bożą. Najbardziej okazałą rezydencję miał tam pan N. z Wołomina, czy też Pruszkowa, prawdy nikt do końca nie znał, ale jak powiada przysłowie: kto bogatemu zabroni mieć swoje tajemnice... Wszystkie wille były oczywiście strzeżone przez kamery i szwendać się wokół nich nie wypadało, kiedy jednak nastały wakacje, Jasiu znalazł sprytne rozwiązanie.

Co mi tam ich zafajdana elektronika! Ojciec był myśliwym, a jego wielka lornetka pryzmatyczna wisiała sobie na sarniej nóżce w sieni, wystarczyło wziąć i podziwiać uroki tego świata, no w tym przypadku, trzeba było jeszcze wleźć na wysokie drzewo. Jasiu wybrał okazały dąb, bo tam by go nawet Indianin nie wypatrzył, ale on widział wszystko doskonale. Najlepsze były takie chwile, gdy towarzysząca mężczyźnie pani szła się opalać na tarasie, zwykle, chciała sobie opalić wszystko, ale dzisiaj nie zapowiadało się ciekawie. Pod bramę przyjechało tylko dwóch panów…

Mężczyźni weszli do budynku i tyle uroku na dzisiaj, ale złazić z drzewa teraz nie wypadało, bo a nuż ktoś jeszcze nadjedzie i mnie zobaczy – pomyślał Jasiu. Zresztą, wcale nie było tak nudno, bo okno balkonowe było otwarte, a drzewo rosło niezbyt daleko od domu i Jasiu doskonale słyszał, że mężczyźni się głośno kłócą,  a w pewnej chwili wyraźnie usłyszał stłumiony przez mury huk strzału. Nie trwało też długo, gdy pan N. wyszedł z domu ze zwiniętym w rulon dywanem, który załadował na wózek golfowy. Z garażu wydobył jeszcze łopatę i odwiesił marynarkę, a następnie podjechał pod leżącą w kącie ogrodu kupę kompostu.

Dziury nie kopał głębokiej, ot, ze dwa łokcie, a następnie wrzucił do niej dywan, zawalił dziurę, rozsypał na niej pół kupy kompostu i po kreciej robocie nie było ani śladu! Fachowa robota, nie ma co pomyślał Jasiu. Nie trwało też długo, gdy pan N. odjechał sam do swoich spraw w mieście takim czy owakim, a Jasiu poszedł do swojej chałupy odwiesić lornetkę na sarnią nóżkę.

W lesie znowu było cicho i nikogo w nim nie brakowało, ale Jasiu wiedział dobrze, że kogoś tam na zawsze przybyło, chyba że… Jasiu wytrzymał tydzień, potem poszedł na policję i powiedział panu komendantowi co widział, jeszcze gorąco poprosił pana policjanta, żeby ten nie powiedział ojcu o lornetce i jego zaimprowizowanej ambonie na wysokim dębie. Oczywiście, że sprawa się rypła i Jasiu stanął w sądzie jako naoczny świadek zbrodni.
Adwokat oskarżonego dowodził, że świadectwo przestępstwa pochodziło „z zatrutego drzewa”, bo podglądanie i podsłuchiwanie sąsiadów nie jest legalne, ale pan sędzia uznał, że trup był prawdziwy, a świadek wiarygodny i pan N. trafił na wiele lat do pudła.

W najsłynniejszej ostatnio restauracji Polski, dwóch grzecznych kelnerów nagrało wielce ambarasujące rozmowy naszych dygnitarzy, ale sprawa znowu się rypła i pomimo tego, że wspomniani państwo bawili się właśnie Państwem polskim, nasze prawo ich nie ukarze, bo dowody ich winy były uzyskane nielegalnie, czyli były zatrute. Póki co, zamknięto kelnerów, bo co wolno wojewodzie, kelnerowi nie wypada.
Więcej w tej kategorii: « Niech nas wreszcie polubią! Adam »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.