http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Październik

Wyróżniony Październik

No i mamy październik. Nadszedł cicho i niespodziewanie po wyjątkowo zimnym, wietrznym i deszczowym wrześniu. Przed nami jedne z najbardziej okropnych i najmniej sympatycznych miesięcy w roku... październik… listopad… grudzień! No, grudzień może aż taki ponury nie jest, ale to tylko i wyłącznie za sprawą świąt Bożego Narodzenia, które końcówce tego miesiąca przydają czaru, blasku i magii. Póki co jednak, przed nami ponure, bezlistne drzewa,  szaruga, słota, zimnica, zmrok, przenikliwy wiatr i wiecznie siąpiący deszcz, oto prawdziwa twarz miesięcy, w których z lnu i konopi robią się paździerze, a z drzew opadają liście. I absolutnie nie rozumiem, skąd u wielu ludzi, w tym – wrażliwych przecież – poetów, taki zachwyt nad tą porą roku.


Skąd tyle „jesiennych” (melancholijnych i sentymentalnych) wierszy, piosenek, obrazów itp? Przykładowo, jeden z moich ulubionych poetów napisał: „Szumiał las, śpiewał las, gubił złote liście, świeciło się jasne słonko chłodno a złociście...”. Nie wiem kiedy dokonał on takich obserwacji, ale mało prawdopodobnym jest, by miało to miejsce w listopadzie czy grudniu. A przypominam, że jesień trwa bodajże do 21 grudnia włącznie. Szumiący i śpiewający las, w dodatku gubiący złote liście, i owszem, mógł się zdarzyć, ale najpewniej we wrześniu (choć w tym roku na pewno nie) lub na samym początku października (trudno uwierzyć, patrząc za okno), bo później cały jesienny romantyzm diabli już biorą. No chyba, że „jasne słonko chłodne a złociste” to metafora (piękna zresztą) pierwszych, niezbyt przyjemnych, bo dokuczliwych, przymrozków. A tak swoją drogą,  jak to dobrze, że są ludzie o wyższym, nieprzeciętnym stopniu wrażliwości, bo tam, gdzie zwykły zjadacz chleba widzi jesienną pluchę, poecie zaraz gra, szumi i śpiewa; zwykły człowiek widzi padający deszcz, a poeta zaraz słyszy „jęk szklany”, „płacz szklany” i widzi jak „szyby w mgle mokną”; ja wkurzam się z powodu przedwczesnych ciemności, a jemu „światła szarego blask sączy się senny”.

Ale, ale... wracajmy do jesieni i do ulubionego poety, który wyraźnie się rozkręciwszy napisał: „Rano mgła w pole szła, wiatr ją rwał i ziębił; opadały ciężkie grona kalin i jarzębin...”. Mój Boże, jak on to pięknie powiedział, tyle tylko, że mnie poranne mgły bardziej kojarzą się z niebezpieczeństwem podczas porannego dojazdu do pracy, z osadzaniem się wilgoci na jezdni, z szadzią i ślizgawicą. Mało tego, kiedy od rana jest mglisto, wietrznie i zimno, to moja głowa najczęściej jest cięższa niż owe poetyckie jarzębinowe grona, co z kolei wcale nie wróży zbyt udanego – a tym bardziej poetyckiego – dnia. Bywa, niekiedy, że jakaś poczciwa dusza zainteresuje się i zapyta o przyczynę smutku wypisanego na mojej twarzy, ale przecież nie wypada mi użalać się nad sobą, bo – jak mówi inny ulubiony poeta – „kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią...”. Zresztą, co mam tym dobrym duszyczkom odpowiadać, bo o ile prześladującą mnie po nocach bezsenność są w stanie zrozumieć, to jak mam opowiedzieć o tym, że nie jestem (choć tak bardzo chciałbym być) poetą? Jak mam powiedzieć, że jeszcze w liceum, zauroczony Krzysztofem Kamilem Baczyńskim, myślałem, że i mnie „zdrój rzeźbił chyży”, że i mnie „wyhuśtała chmur kołyska”. Niestety, jak się wkrótce miało okazać, mój talent poetycki nie potrafił wzbić się ponad frazę „Szła mrówka przez wodę i zgubiła brodę.” Smutne to, ale prawdziwe.

A tymczasem mój ulubiony poeta nieoczekiwanie zaszarżował: „Każdy zmierzch moczył deszcz, płakał, drżał na szybkach... i tak ładnie mówił tatuś: jesień gra na skrzypkach.” No cóż, skoro tatuś tak mówił, to nic dodać, nic ująć, a i komentować nie wypada. Zresztą, skoro „każdy zmierzch moczył deszcz” to nie ma już chyba odpowiednich słów, aby to skomentować, bo zwykłe „codziennie wieczorem pada” jakoś nie bardzo tutaj pasuje…
    
Kurcze, tak sobie teraz pomyślałem, jak to fajnie by było, gdyby rządzili nami poeci! Wrażliwy, melancholijny i sentymentalny prezydent, takiż sam premier i jego ministrowie, poetycko nastrojeni posłowie i senatorowie, rymowane ustawy i rozporządzenia, a może i nawet Konstytucja w formie wiersza... To byłoby coś, i znowu bylibyśmy pierwsi w Europie!

A tak co, łazi ta biedna mrówka po wodzie (wyświechtana, przemoczona i na pewno nieźle przeziębiona) na okrągło gubi swą nieszczęsną (pewnie już siwą) brodę, a końca jej wędrówki jakoś w ogóle nie widać!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.