http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Cudze chwalicie, swego nie znacie…

Wyróżniony Cudze chwalicie, swego nie znacie…

Potwierdzam, jak będę miał syna dam mu na imię… Jarosławiec (tak, tak, właśnie Jarosławiec, nie Jarosław), gdyby jednak urodziła się mi córeczka, dam jej na imię Łeba. Łeba Beling, nawet nieźle brzmi… A gdyby tak jeszcze okazała się łebską dziewczynką – łebska Łeba Beling – toż to byłaby już zupełna pełnie szczęścia…


O zaletach Jarosławca zdarzało się mi wspominać już wiele razy, w wielu różnych felietonach, na łamach niniejszego portalu. Czas więc poświęcić nieco miejsca nie mniej urokliwej Łebie, z której to właśnie niedawno wróciłem. Oczarowany zresztą…

Otóż, tym razem udało się mi bowiem zobaczyć to, co jest najczęściej niedostrzegalne, ukryte, zadeptane, zagubione w  przemieszczającym się nerwowo, mimo urlopu, tłumie. W tym tłumie, który z taką zaciętością walczy o miejsce na plaży, o możliwość rozstawienia parawanu, o świeżą rybkę, o zimny napój itd., itp.

Tego lata miałem niepowtarzalną sposobność odkrycia najwybitniejszego z pewnością mieszkańca tego miasteczka na przestrzeni całych jego dziejów, a mianowicie Maxa Pechsteina. Kto zacz? Najogólniej mówiąc był to najwybitniejszy niemiecki artysta (przede wszystkim malarz, ale także grafik, rzeźbiarz i witrażysta) pierwszej połowy XX wieku. Przedstawiciel późnego impresjonizmu, czyli właściwie ekspresjonista, bezlitośnie tępiony przez faszystów, jako przedstawiciel sztuki zwyrodniałej (skąd my to znamy?!) przez grubo ponad 20 lat mieszkał i tworzył w Łebie.

Tutaj bowiem poznał córkę miejscowego hotelarza i restauratora, która wkrótce została jego (drugą) żoną i tutaj właśnie, w należącym do teścia Hotelu MÖller mieszkał, żył i tworzył. Budynek ten, nieco przebudowany, zachował się w Łebie do dziś. Niestety, próżno by szukać na nim (lub w jego okolicy) jakiejkolwiek tablicy czy innych najdrobniejszych nawet śladów, świadczących o tym, że artysta tutaj mieszkał i tworzył. Tak samo zresztą, jak próżno byłoby szukać w Łebie ulicy, noszącej nazwisko Maxa Pechsteina, było nie było, łebianina, a do tego artysty wybitnego, by nie powiedzieć genialnego.

Nie jest oczywiście tak, że Łeba zupełnie zapomniała o Pechsteinie, udało się mi bowiem zlokalizować dwa miejsca, gdzie jednak wspomina się o tym wybitnym ekspresjoniście. Pierwsze z nich to dosyć toporne i nieco wyblakłe tablice informacyjne wzdłuż głównych traktów spacerowych, z których można dowiedzieć się, kim Max Pechstein był i co takiego w Łebie porabiał, Drugie to „ławeczka Pechsteina”, posadowiona niedawno przed miejscowym kościołem, w którym notabene znajduje się jedyny zachowany w Łebie obraz artysty. Ławeczka jest, delikatnie mówiąc, taka sobie, a malutka tabliczka z informacją, komu owa konstrukcja została poświęcona, jest praktycznie niewidoczna.

Co ciekawe, w kościele znajduje się jedyny zachowany w Łebie (a może i w całej Polsce) obraz artysty, który jest też zarazem jedynym religijnym obrazem namalowanym przez Pechsteina. Od razu dodajmy, że stworzony z biedy, przez przymierającego głodem artystę w 1945 r., na zlecenie miejscowego (polskiego już) proboszcza. Informacji o tym znowu jednak na próżno by jednak szukać w kościelnej kruchcie, czy też w okolicach samego kościoła np. na „ławeczce Pechsteina”.

Nawiasem mówiąc, w 1945 r., po zmianie granic i całkowitej wymianie ludności zamieszkującej Łebę i okolice, artysta, by nie umrzeć z głodu, zajmował się malowaniem szyldów dla nowych osadników, tabliczek z nazwiskami, znaczeniem beczek z rybami, a nawet odnawianiem mieszkań. Jego gehenna zakończyła się w 1946 r., kiedy to otrzymał zgodę na wyjazd do Berlina Zachodniego.

Długo zastanawiałem się, dlaczego Łeba jedynie nieśmiało przyznaje się do Maxa Pechsteina, a Polska w ogóle wyrzeka się tak wybitnego artysty. Niestety, nie udało się mi dojść do żadnych konstruktywnych wniosków. No, bo, że niby co? Że Niemiec? Że „sztuka zwyrodniała”? Że Ziemie Odzyskane?

Po pierwsze, sztuka nie zna granic i jest ponadczasowa! A po drugie, przecież o wiele głupsze rzeczy i rocznice durniejszych wydarzeń każe się nam obchodzić!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.