http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Żegnaj Przyjacielu…

Wyróżniony Żegnaj Przyjacielu…

„Smutno mi Boże…” Słowacki tęsknił za krajem, ja tęsknię za swoim pieskiem. Gdzie jesteś Pucusiu? Kto zrobił tobie krzywdę, chociaż ty sam każdemu schodziłeś z drogi…


6 grudnia 2013 roku spadł pierwszy śnieg, nie było go wiele, ale być może, że ta okoliczność przyczyniła się do tragedii mojego miniaturowego pudelka Puszka. O okolicznościach jego śmierci pisałem tutaj w stosownym czasie i pomimo bólu po stracie ukochanego pieska, zdążyłem się już pogodzić z jego stratą. Odwiedzam czasem jego grobik, na którym posadziłem białe konwalie majowe, lilie, kalinę i bzy a także dęby które jednak potargał koziołek wycierający swoje parostki („rogi”). Puszek zginął na chodniku niedaleko domu pomimo tego, że szedł grzecznie na smyczy. Rzecz  w tym, że wtedy zza narożnika wyszedł wielki wilczur, a mój maleńki bohater, pewnie w mojej obronie, zamruczał na swego wielkiego kolegę i tym go sprowokował do ataku. Śnieg miał z tym tyle wspólnego, że ja chcąc go ratować, wywaliłem się na nim padając na tyłek i zanim zdołałem go wytargać z kłów przeciwnika, on odniósł już poważne obrażenia i pomimo wizyty u weterynarza, w nocy odszedł w cierpieniach. Pucka wypatrzyłem w Internecie, był pensjonariuszem schroniska w Katarzynowie za Mielżynem. Pucek był małym kundelkiem i pewnie wiele złego doświadczył, zanim tam trafił. Schronisko nadało mu imię i ja go już nie zmieniłem. Biedak bardzo się bał, gdy pracownik schroniska wyciągnął go ze śmierdzącej budy, gdzie się schował nie chcąc opuścić kojca, który był tam całym jego światem. Nowi państwo poczęstowali go kiełbasą i zabrali do samochodu, gdzie moja żona całą drogę go tuliła, aby okazać mu uczucie. Piesek – pewnie ze stresu, dostał rozwolnienia, ale całą drogę utrzymał zwieracz i pomimo że w brzuchu mu bulgotało i zaraz po opuszczeniu samochodu wyskoczył na trawnik by sobie ulżyć, to tak mu już pozostało do końca, nigdy nie załatwił się na chodniku, a nawet na leśnej ścieżce.

Pierwszą czynnością w nowym domu była gruntowna kąpiel. To samo czekało jego nową panią, bo strasznie śmierdział mieszkając w zamkniętym kojcu. Myślę jednak, że szybko zrozumiał, że trafił do psiego nieba, chociaż na pierwsze objawy tej przemiany losu musieliśmy dość długo czekać. Pucek musiał mieć szczególnie ciężkie doświadczenia w poprzednim życiu. Proszę sobie wyobrazić, że przez pierwsze  miesiące  pobytu u mnie, podczas każdego spaceru niczym nie sprowokowany, kładł się na boku i z przerażeniem w oczach czekał na katowanie. Bardzo mi było żal biednego stworzenia i zawsze go uspokajałem i pieściłem aż w końcu zrozumiał, że ze strony nowego pana nic złego mu nie grozi. Trauma jednak musiała być głęboko zakorzeniona, bo do końca bał się ludzi, nawet tych których znał i np. gdy schodziłem z nim ze schodów, to na widok dowolnego sąsiada zawsze wracał pod drzwi naszego mieszkania, bojąc się minąć z kimkolwiek. Podobnie było na każdym spacerze, gdzie każdemu schodził z drogi, a gdy nie miał akurat smyczki, to uciekał do najbliższej mijanki i tam czekał na oddalenie się intruza.

Czy taki mały piesek mógł komuś podpaść? Wprost trudno mi w to uwierzyć, ale w piątek 15 lutego normalnie zniknął bez śladu. Otóż od pewnego czasu miałem zwyczaj wychodzić z nim w piżamie  o 7 rano na próg bloku i albo wracał zaraz ze mną, albo też wybiegał na okoliczne trawniki i po paru minutach bądź to czekał pod drzwiami mieszkania gdy go ktoś wpuścił na klatkę, bądź też schodziłem po niego na dwór, a po śniadaniu szliśmy na spacer ze smyczką. Tym razem już o 7.30 nie było go koło domu i pomimo poszukiwań, nie ma go do dzisiaj.

Nie mam żadnego dowodu na to co się z nim stało, ale – chociaż zabrzmi to bardzo brzydko, wolałbym, aby ten co mu to zrobi, po prostu go zabił dlatego, że trudno mnie sobie wyobrazić, że ktoś go naprawdę pokocha, a on zapomni o swoim panu, z którym przeżył te kilka lat w psim niebie. Jakkolwiek było, jestem przekonany, że tajemnicę jego zniknięcia zna ktoś z mojego maleńkiego osiedla, ba, z mojej klatki dlatego, że w interwencję - i to w pół godziny - kogoś z zewnątrz, po prostu nie wierzę.

Pucek był zwykłym kundelkiem i nikt go nie ukradł dla zysku, to jasne, co najwyżej zrobił to aby sprawić mi ból. Tylko za co? Cóż jak nie wiadomo o co chodzi, to już wiadomo ze o pieniądze. Otóż kilka dni przed tą tragedią, odmówiłem sąsiadowi kolejnej pożyczki i od tej chwili przestał się do mnie odzywać, a kolejnym krokiem zidiocenia, jest cykliczne podrzucanie kapsli od piwa na moją wycieraczkę. Czy ktoś potrafi to zrozumieć, albo coś mi doradzić? Paranoja zupełna, a wniosek jeden. „Nie rób sobie wrogów” bo skrzywdzą ci kogoś bliskiego.

3 komentarzy

  • Szczepan
    Szczepan poniedziałek, 25, luty 2019 08:48 Link do komentarza Raportuj

    Szanowni Państwo. Serdecznie dziękuję za szczere wyrazy współczucia. Cóż więcej mogę powiedzieć oprócz tego, że chce się mnie wyć. Gdyby mój kochany piesek zginął tragicznie w znanych okolicznościach, to zawsze można zrozumieć i jakoś przeboleć, ale Pucek po prostu zniknął bez śladu i aczkolwiek dla mnie samego wszystko jest jasne, to już niczego to nie zmieni i muszę z tym żyć.
    Szczepan Kropaczewski

  • Janek
    Janek niedziela, 24, luty 2019 20:28 Link do komentarza Raportuj

    Pies to zawsze był i pozostanie najlepszym przyjacielem człowieka. Współczuję panu.

  • Renata Walkowska
    Renata Walkowska niedziela, 24, luty 2019 17:32 Link do komentarza Raportuj

    Panie Szczepanie doskonale rozumiem Pana ból, bo sama straciłam ukochanego psa, bo 7 latach bycia z nami... Proszę się trzymać! Pozdrawiam

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.