http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Andrzej Joras gra na organach już 50 lat!

Wyróżniony Andrzej Joras gra na organach już 50 lat!

Od 1990 roku organista w parafii Św. Trójcy w Gnieźnie, choć jego muzyczna działalność miała początek dużo wcześniej, w dniu bardzo symbolicznym dla polskich katolików, ale datowanym 10 lat później. Na kilka dni przed swoim koncertem w 50. roku pracy organistycznej Andrzej Joras opowiada Wojciechowi Orłowskiemu o swojej miłości do muzyki organowej.


- To pewnie było dawno i nawet dużo więcej niż 50 lat temu. Kiedy pomyślał Pan o graniu na organach kościelnych po raz pierwszy?
- To zaczęło się chyba w taki sposób bardzo specyficzny, bo jak miałem 7 lat i jak mama prowadzała mnie zawsze do kościoła na mszę świętą, to nie mogła sobie poradzić ze mną, bo ja gryzłem jej wszystkie chusteczki i spoglądałem na górę, w stronę tego chóru. Babcia zaprowadziła mnie pewnego dnia na organy i pokazała mi ten instrument, który wtedy jeszcze nie był napędzany silnikiem elektrycznym. Kiedyś organy były kalikowane, czyli dzisiaj byśmy powiedzieli, że powietrze napędzano do nich ludzkim wysiłkiem to się nazywało kalikowaniem. Od tego momentu zacząłem marzyć o grze na organach.

- 3 lata później robi Pan krok naprzód temu marzeniu…
- Gdy skończyłem 10 lat, to zacząłem dojeżdżać do Bydgoszczy, do ogniska muzycznego, ale na akordeon, ponieważ mój sąsiad grał na akordeonie. Ta moja jakaś chyba dziecięca zazdrość sprawiła, że sam pojechałem do Bydgoszczy, przy okazji robiąc rodzicom trochę kłopotu, bo nie wiedzieli w ogóle o tym. Dopiero wieczorem zostałem odnaleziony u rodziny, która dostarczyła mnie ostatnim pociągiem do Rynarzewa. To jest miejscowość, która położona jest jakieś 14 kilometrów od Bydgoszczy i to tam rozegrał się finał powstania wielkopolskiego. Ja potem jeszcze, jak skończyłem szkołę podstawową w wieku 15 lat, to zacząłem uczęszczać do studium muzycznego, które prowadził znakomity prof. Franciszek Templin i to tam zaczęła się moja przygoda z organami, która trwa do dziś.

- 16 października 1968 roku, to dla Pana data szczególna…
- Ta data 16 października Polakom przecież się kojarzy z wyborem Karola Wojtyły na papieża w 1978 roku. Ja zacząłem swoją pracę, jako organista dokładnie 10 lat wcześniej, bo to tego dnia zostałem zatrudniony na pełnym etacie i od tego czasu pracowałem na tym pełnym etacie i chcę powiedzieć, że przez te wszystkie lata księża, u których pracowałem odprowadzali za mnie pełną składkę emerytalną i zdrowotną, choć moje początki, to były lata trudne dla kościoła, z którym państwo przecież wówczas prowadziło otwartą walkę. W mojej rodzinnej miejscowości, czyli parafii przy kościele św. Katarzyny w Rynarzewie pracowałem do końca wakacji 1976 toku, a następnie to była parafia przy kościele św. Jana Apostoła w Mogilnie, gdzie byłem od września 1976 roku do końca stycznia 1990 roku. Teraz, od 1 lutego 1990 roku jestem organistą w kościele farnym pw. Św. Trójcy w Gnieźnie.

- Wcześniej jednak na Pana drodze było jeszcze 4-letnie studium organistowskie, które uruchomił w Gnieźnie kard. Stefan Wyszyński w 1972 roku.
- Tam uczęszczali już organiści wiekowo bardzo zaawansowali, a ja byłem wśród nich jednym z najmłodszych, był jeszcze jeden kolega z Nakła i jako tacy 20-latkowie rozpoczynaliśmy naukę, która trwały do 1976 roku i którą zakończyłem z dyplomem organisty, który wręczał nam sam kard. Wyszyński. W tym czasie, będąc jeszcze w Rynarzewie zaczynałem już tworzyć scholę liturgiczną, a jak poszedłem do Mogilna, to już jako organista dyplomowany, bo byłem przygotowany do prowadzenia chóru kościelnego i tam prowadziłem piękny 40-osobowy chór męski i to był nawet pewien dla mnie stres, bo wszyscy, którzy uczestniczyli w tym chórze, śpiewali dłużej niż ja żyłem, więc było to wyzwanie, ale sobie z nim poradziłem. W 1990 roku przyszedłem do Gniezna i zaraz założyłem tutaj scholę, która zaczęła przynosić niesamowite owoce i która w 2008 roku przeobraziła się w chór parafialny, który działa do dziś.

- Muzyka liturgiczna jest bardzo wyraźnie zdefiniowana i do murów kościelnych trudno wprowadzać pewne klasyczne kompozycje, ale wiem, że to się Panu udaje. Kiedyś słyszałem w Pana wykonaniu to przepiękne „Adagio” Thomaso Albinoniego, a inne kompozycje, z których Pan czerpie?
- Ja cenię szczególnie Bacha i Mozarta, ale także Cesare Franka. „Ave Verum” Mozarta jest równie piękne, a Frank napisał cudowne „Panis Angelicus”. Mój ulubiony kompozytor to jest jednak Jan Sebastian Bach i jego chorały, poprzez które on jak gdyby rozmawiał z Bogiem, ale innym nie można też niczego ujmować, bo jest jeszcze Johann Pachelbell i wielu innych. Jest także polska muzyka, o której nie należy zapominać, bo my mamy swoją tradycję, która wywodzi się przecież z kościoła łacińskiego i tu nasi kompozytorzy, jak Stanisław Moniuszko i Feliks Nowowiejski też tworzyli piękne utwory.

- Pana koncert w ramach prezentacji organowych zaplanowano na niedzielne popołudnie, 22 lipca od godz. 14.15 w katedrze w 50 roku Pana pracy. Po jakie kompozycje Pan sięgnie?
- Ten koncert rozpocznę od muzyki polskiej, od preludium Jana Podbielskiego z 1650 roku. Potem zagram dwa utwory czterogłosowe Władysława Żeleńskiego, a po nich nastąpi preludium oraz fuga Pachelbella. Następnie trzy utwory zaśpiewa solista naszego Chóru pw. Świętego Ojca Pio - Adrian Dopierała, to będzie „Di Ignare Domine” Haendla, „Panis Angelicus” Cesare Franca i „Ave Maria” Franza Schuberta. W dalszej części koncertu będą jeszcze dwa preludia Jana Sebastiana Bacha oraz aria Gordona Younga.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.