http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Robert Makłowicz: – Ja nie jestem kucharzem...

Wyróżniony Robert Makłowicz: – Ja nie jestem kucharzem...

Podczas sobotniej imprezy pod hasłem „Truskawisko” w Czerniejewie pojawił się Robert Makłowicz, który był jednym z pierwszych prowadzących programy kulinarne w polskiej telewizji. Jak na gwiazdę tego formatu przystało, gość specjalny „Truskawiska” rozdał setki autografów oraz pozował do wspólnych zdjęć. Nam udało się także z nim chwilę porozmawiać - przy cydrze - o gotowaniu i kilku innych sprawach z tym związanych.


- Pan jest chyba najbardziej znanym w Polsce kucharzem, który z pasją gotuje w terenie, na świeżym powietrzu. Dlaczego taka sceneria towarzyszy panu przez te wszystkie lata?
- Wie pan, po pierwsze, to ja nie jestem kucharzem. Jestem tylko popularyzatorem kuchni. Gotowanie to moje hobby, a nie zawód. Kucharz, to jest ktoś, kto skończył stosowne szkoły i żywi ludzi zbiorowo, ja nim nie jestem. Gotowanie odbywa się na zewnątrz, bo to w sposób naturalny łączy tradycję i historię z kuchnią, no więc, jak można zrozumieć dane miejsce, gdyby gotować tylko w kuchni? Ja przy okazji pokazuję plener zastany.

- Pamięta Pan swój pierwszy program w telewizji i pierwszy przepis, który podał Pan telewidzom?
- Pamiętam pierwszy program, ale przepisu nie pamiętam. Pierwsze programy były w porannym paśmie, więc tego nie oglądałem, ale to było jeszcze gotowanie w studio. Pierwszy program w plenerze wedle tej metody, którą już od kilkunastu lat stosuję, to był pilotowy odcinek dla telewizji, który był nagrywany w Krakowie i m. in. gotowana była makanta po krakowsku

- A marzenia do spełnienia? W jakim miejscu na świecie chciałby pan gotować?
- Jest całe mnóstwo takich miejsc, bo świat jest duży. Takim miejscem są choćby Chiny, czyli kontynent kulinarny, każda prowincja, to jest coś innego.

- Wiem, że kolejne pytanie może zabrzmieć banalnie, ale na pewno nie w Pana przypadku. Jak jest Pana ulubiona potrawa?
- Wie pan, gdybym miał swoją ulubiona potrawę, to oznaczałoby, że pora umierać. Jest milion interesujących potraw. Nie mam swojej ulubionej.

- A pierwsza rzecz, którą samodzielnie Pan ugotował w swoim życiu?
- To było pewnie na początku liceum i mogły to być pory pod beszamelem. Pomysł wziąłem z książki. To był PRL, mało było rzeczy w sklepach, ale pory były, mleko było, masło było i mąka była... więc dało się zrobić beszamel.

- Ale dlaczego w ogóle zaczął Pan gotować?
- To był choćby fakt, że nie dało się wyjeżdżać wtedy, więc gotowanie i czytanie książek kucharskich, to było pewnego rodzaju podróżowanie palcem po mapie. Wyobraźnia zaczynała działać i ja w ten sposób odbywałem wirtualne podróże. Młodzi ludzie dzisiaj nie pamiętają o tym, że wcale nie tak odległy jest czas, kiedy Polska była zamkniętym krajem, no i niestety wiele wyborów młodych ludzi idzie w tym kierunku,żebyśmy znowu byli takim zamkniętym krajem. Ja tego nie chcę, bo ja to pamiętam po prostu. Ja pamiętam, jak stało się w kolejkach po wizy i nie dało się nigdzie wyjechać. Dobrze byłoby sobie uświadomić, jaki to jest cud, Unia Europejska, brak granic, możliwość podróżowania tam, gdzie się chce i mieszkania tam, gdzie się chce.

- Samo gotowanie też chyba się zmieniło na przestrzeni tych dziesiątek lat?
- Pewnie, że się zmieniło. Gotowanie, to jest żywa materia. Wie pan, to jest pewnego rodzaju powrót do normalności, bo w Polsce jeszcze 10 lat temu wiele osób uważało, że najlepszą rzeczą w polskiej kuchni jest kotlet schabowy. Na szczęście ta świadomość się zmieniła. Poza tym dostępność produktów jest inna, nawet tych lokalnych. Stoję teraz i popijam sobie cydr. Ileż to lat ja gadałem z telewizji, że marnujemy tyle jabłek, a nikt w Polsce nie robi z tego cydru. A teraz to już jest.
Ostatnio zmienianyponiedziałek, 20 czerwiec 2016 09:54

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.