http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

O czym mówią kościelne archiwalia sądowe z XIV wieku?

Wyróżniony O czym mówią kościelne archiwalia sądowe z XIV wieku?

W tym roku Archiwum Archidiecezjalne w Gnieźnie poddało konserwacji aż 155 papierowych dokumentów, które zostały odnalezione trzy lata temu w naszej katedrze. Dziś wiadomo, w jaki sposób te artefakty były przez długie stulecia ukrywane i co było w nich zapisane. O tym mówiono dziś podczas podsumowania tego projektu.


Przypomnijmy, że rok temu renowacji zostało poddanych 345 dokumentów z tzw. „Skarbu Katedry”, na który składają się pisane odręcznie dokumenty późnośredniowieczne i wczesnonowożytne. W sumie cały zbór liczy około dwa tysiące dokumentów, z czego wynika, że na chwilę obecną odzyskano je dopiero w 25 proc. – Ten skarb o tyle jest cenny, że znajdujemy w nim dokumenty obiegowe z sądu kościelnego, nie zachowane nigdzie indziej w Polsce, a to dlatego, że jako obiegowe dokumenty nie były przeznaczone do wieczystego przechowywania – tłumaczy ks. dr Michał Sołomieniuk, dyrektor Archiwum Archidiecezjalnego w Gnieźnie.

– Z tych dokumentów dzisiaj dowiadujemy się między innymi o spisach święconych, czyli jednych z najstarszych w Polsce, z XIV wieku. W tych dokumentach możemy odczytać np. imiona i nazwiska duchownych niższego rzędu, tak można to określić, a więc proboszczów oraz wikariuszy z parafii bardzo niedużych i czasami po raz pierwszy dane nazwisko się pojawia w odniesieniu do danej parafii. To pozwoli na to, ze będzie można pisać np. historię danej parafii na nowo, mając nazwisko duchownego z tą parafią związanego. W gablocie widzimy też coś takiego, co nie jest sądową dokumentacją, ale czymś, co się pomiędzy nią znalazło, czyli poezję miłosną z XV wieku – dodaje dyrektor Archiwum Archidiecezjalnego w Gnieźnie.

Dokumenty odnaleziono przez przypadek podczas sprzątania strychu katedry w 2015 roku. – Te dokumenty zostały zachowane jako śmieci i materiał do wypełnienia pach sklepiennych w katedrze i stąd, gdy burzono i odbudowywano na nowo w latach sześćdziesiątych XX wieku te sklepienia, te dokumenty wyciągnięto, podarte i pomięte – przypomina M. Sołomieniuk.

I co może niektórych najbardziej zaskakiwać, to prawdopodobnie z tego powodu właśnie zachowały się one w takim stanie. – Tak sobie obserwowałam te dokumenty i one w zasadzie były dobrze zachowane, jeżeli chodzi o zawilgocenie, czy właściwie niezawilgocenie, dlatego że nie spleśniały. Były ślady grzybów i mikroorganizmów, ale one w zasadzie były suche po odnalezieniu, ale nie były zakwaszone aż tak bardzo, jak można by się było spodziewać, może dlatego, że ten pył budowlany stworzył im taki bufor i wbrew pozorom one przetrwały dzięki temu, że były tam upchnięte, bo tak zwyczajowo to byłyby wyrzucone, jako śmieci niepotrzebne – uważa Marzena Szczerkowska, konserwator zabytków z Gniezna, która zajmowała się renowacją tych dokumentów.  

Jak przebiegały takie prace konserwatorskie? – Należy ze strzępów, które są pogniecione, a papier jest kruchy i atrament nieczytelny i których nie można rozwinąć czy rozłożyć, żeby je w ogóle przeczytać i większość z nich jest taka, należy zrobić tak, żeby papier dało się wyprostować, żeby był oczyszczony, żeby nabrał mocy, trzeba go impregnować, poskładać niekiedy kawałki, które są osobno, żeby tworzyły jednolity tekst jeżeli to jest w ogóle możliwe i te zabiegi wymagają dużej ostrożności przede wszystkim, żeby nie zniszczyć tego obiektu przy okazji. Jedną kartkę w zasadzie można robić i przez kilka dni, a jest często też tak, że można robić kilka jednocześnie, ponieważ procesy muszą się zazębiać, coś się moczy, coś wysycha, do czegoś się później podchodzi i to się tak idzie szeroką falą w tej  konserwacji – objaśnia M. Szczerkowska.

Dwóch historyków zajmujących się życiem kościelnym szczegółowo przeanalizowało odtworzone dokumenty. – Z tych dokumentów zapoznajemy fakty dotyczące samych święceniach kapłańskich w późnym średniowieczu, a dzieliły się one na wyższe i na niższe. Te niższe to były: ostiariat, lektorat, egzorcysta, akolita i one jeszcze pozwalały na założenie rodziny. Później następowały już wyższe święcenia, czyli diakonat oraz prezbiterat, które pozwalały na służbę już przy ołtarzu i były udzielane oczywiście przez biskupa lub ordynariusza. W XV wieku właściwie nie mieliśmy jeszcze seminariów duchownych, a kształceniem musieli zajmować się sami przystępujący, to się odbywało w szkołach kolegiackich i na uniwersytecie. Po spełnieniu wszystkich formalności i osiągnięciu pewnego wieku, tacy kandydaci mogli przystępować do egzaminów i wtedy decydowano, czy kandydat się nadaje do służby w kościele. Taki kandydat do święceń musiał zazwyczaj być bogaty z domu, a święcenia były udzielane 6 razy w roku, w soboty suchych dni albo sobotę przed niedzielą Męki Pańskiej i Wielką Sobotę – opowiada Adam Kozak z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Sądy kościelne rozstrzygały także sprawy dotyczące osób świeckich. – Spory głównie dotyczyły kwestii pieniężnych, o beneficja kościelne i o dziesięciny, ale duża część spraw dotyczyła także sporów małżeńskich, w tym także unieważnienia małżeństwa, na czego okoliczność przedstawiano powody takowego unieważnienia. To nam pokazuje skalę piśmienności i alfabetyzacji, która dotyczyła w tamtych czasach tylko pewnej części społeczeństwa, tu mówimy o tej elicie zwanej inteligencją wieków średnich, czyli sędziów, notariuszy, pisarzy konsystorskich i pomocników przy tych sądach biskupich i to pokazuje nam skalę tej piśmienności. Do tego dochodzi oczywiście cała kwestia obyczajowości, jaka potem wypływa z analizy całej treści tych dokumentów – zauważa Jakub Łukaszewski z Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu.

Co może nas dziwić współcześnie po lekturze tych dokumentów, jeśli chodzi o sprawy dotyczące duchowieństwa? Kilka przykładów zostało przytoczonych przez prelegenta. – Oni także święci nie byli, bo bywały bójki między kanonikami czy jakieś kwestie związane z kobietami, gdzieś krążących tam między plebaniami. Mówiło się, że ktoś tam ogrzewa kucharkę i to sprawa była oczywista, że posiadał on tam kogoś i za to były kary synodalne. Wtedy kierowano monity synodalne, np. od biskupa do plebana w Trąbkach na Mazowszu o treści: „proszę odsunąć od siebie tę kobietę, bo jak nie, to będzie kara wymierzona”. I raz, drugi, trzeci szło takie ponaglenie i potem ewentualnie to się kończyło na karze trzech grzywien, np. 3 razy po 48 groszy, a to było dość dużo wtedy, bo koń i to taki lepszy kosztował wtedy jakieś 200 grzywien – zaznacza J. Łukaszewski.

Koszt wykonania prac wyniósł ostatecznie 105 tys. złotych, z czego 90 proc. to kwota dofinansowania, które uzyskano z Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.