http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

POLexit – Bez Kurtyny i mocno

  • Napisane przez Jarek Mixer Mikołajczyk
  • Dział: Kultura
  • 0 komentarzy
Wyróżniony POLexit – Bez Kurtyny i mocno

W ramach Królewskiego Festiwalu Artystycznego gnieźnieński Rynek na cztery dni wypełniają teatry niezależne. Wszystko to w ramach II Spotkań Teatralnych Bez Kurtyny. Cześć warsztatową prowadzi głównie Teatr aDversum ze Starej Dąbrowy. Nie zabrakło ekipy znanej z ubiegłego roku z Karolem Barckim i Markiem Kościółkiem.


Połączony potencjał i inwencja: aDversum, Teatru „Krzyk” i Teatru „Pomarańcze w Uchu na skarpie bez kartki” w pierwszym dniu rozegrały przełożony mecz 1050-lecia: Polska - Unia Europejska. To jednak widowisko performatywne POLexit było mocnym uderzeniem tegorocznych spotkań Bez Kurtyny. Sama formuła tego festiwalu wydaje się niepowtarzalną. Przede wszystkim wymaga ona od organizatora, zatem od całego miasta odwagi i pewnego dystansu. - To, co jest istotą, to fakt, że oddajemy Rynek, a przede wszystkim historię tego miasta do autorskiego przetworzenia przez teatry spoza Gniezna. To nasi goście wpisują się w temat, bez naszej ingerencji. Oczywiście dzięki temu bywa też, że pokazy teatralne bywają gorzkie, jednak autorzy próbują uchwycić pewne cechy miasta zawsze jednak dzieje się to z życzliwością dla gnieźnian – powiedział nam Piotr Wiśniewski, inicjator Bez Kurtyny.

Elementy gnieźnieńskiej historii i kolorytu miejskiego pojawiły się w nawiązaniu do współczesnych odniesień rzeczywistości ogólnej. POLexit, było więc raczej opowieścią uniwersalną, dotykającą jak nie trudno było się domyślić sytuacji w Europie, wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Pytania co jeśli nie Unia Europejska, były tu oczywiste, choć odpowiedź już nie. Większa część przedstawienia oparta była na improwizacji. To wymagało zwłaszcza od wiodących aktorów niebywałej autokontroli, ale też obserwacji reakcji widowni. Kanwą działania było oczekiwanie na niesamowitego gościa, ale też urosłe do rangi uniwersalnego symbolu grillowanie kiełbasy.

Trochę po gombrowiczowsku kiełbasa, polska kiełbasa urastała do rangi symbolu, tego, co najlepsze w Polsce. Podobnie pajda chleba ze smalcem i ogórkiem kiszonym oraz ich rozdawnictwo przy podpisywaniu bliżej nieokreślonej petycji, nie tylko obnażało pewien stereotyp, ale też mechanizm wieców politycznych czy kampanii wyborczych. Samo wejście publiki w schemat festynowo-darmowego jedzenia nabrało pełnego wyrazu wobec finału zdarzenia. Budowanie napięcia przez parę prowadzących spotkanie, pełnego niedopowiedzeń wyczekiwania na specjalnego gościa, który po raz pierwszy pojawia się w Polsce i Europie właśnie w Gnieźnie świetnie stopniujące napięcie, mocno freestylowe, gęste od aluzji do obecnej sytuacji na świecie i w kraju, kipiało od zabawy słowem. Jednocześnie gdzieś pokazywało pewna schematyczność, w jaką popadają konferansjerzy i komentatorzy nie tylko sportowi czy polityczni w tego sytuacjach.

Nakierowanie reakcji publiczności przeplatające się z elementami teatru absurdu improwizujący aktorzy we frakach podnieśli do poziomu artystycznej zgrywy z niezwykłą dawką realizmu. Jak to bywa przy działaniach ulicznych, przypadkowość i pewna dezorientacja widza rodziły pytania, czy to jeszcze spektakl, czy może naprawdę nastąpi w Gnieźnie podpisanie bardzo ważnego porozumienia, które jak zapewniali, prowadzący zmieni oblicze: Gniezna, Polski, Europy i Świata?

To specyficzne intro oparte na wyczekiwaniu, dynamiczne i słodko-gorzkie być może trochę za długie, tak naprawdę miało uśpić czujność widza. Celowe sprawienie wrażenia, że tu jest śmiesznie i wszystko to są jakieś jaja, spotęgowało mocny finał. Samo pojawienie się gościa, wybitnego, niesamowitego jeszcze wyglądało na niezłą zabawę. Abdul z dalekiego kraju miał przywieść do Gniezna niebywałe obietnice, prezent i pewien celebrycki blichtr, za którym od czasów Mieszka i Chrobrego Pierwsza Stolica tęskni. To jednak jego towarzysz, który przemówił, do widzów do Gnieźnian po rosyjsku wyjawił sens spotkania. Powstanie Unii Euro-Azjatyckiej, w niedopowiedzeniu i domyśle Unii panslavistycznej (dalekiej od powstałej w Czechach idei), Unii co tu kryć putinowskiej. Dynamika przemówień Marka Kościółka stopniowo narastała od pięknej wizji kiełbasą i ropą płynącego zjednoczenia Euro-Azjatyckiego do dyktatu, w którym Abdul jest jedynie dobrym wujkiem od darmowej ropy i gazu. Ofiarowane Abdulowi przez przedstawicieli społeczności Gniezna prezenty bardzo wymowne, piłka, koszulka Brazylii, którą wybitny piłkarz brazylijski ofiarował wcześniej Polsce, a która do tej pory była przechowywana w Muzeum Narodowym, ale też flaga Polski, zagrały niezwykle wymownie. Nie było przy tym drwiny z barw narodowych, a symbol dość otwarty, może poddańczy, a może jednak wyraz wagi, jaka przykłada się do niej. Wymowne tez ofiarowanie Abdulowi korony. Tło wiwatów na cześć Abdula powierzono między innymi dzieciom z Gniezna, które uczestniczyły w warsztatach. Piękny element realnego teatru absurdu będącego kalką z rzeczywistych wydarzeń tego typu do ofiarowana Gnieznu przez Abdula śpiewaczki, która pojawiła się po otwarciu przyczepy ciężarówki technicznej... Zagrało to niesamowicie zwłaszcza przy purnonsensownym tłumaczeniu tekstu piosenki przez Marka Kościółka.

Kolejna piękna scena to zjedzenie przez Abdula po raz pierwszy w życiu polskiej kiełbasy, wygrany niemal jak z Szchulza czy wspomnianego Gombrowicza. Finał tej sceny z opóźnionym zapłonem. Rozstrój żołądka, jakiego doznaje gość, ograny nadal zabawnie, z prowizorycznym zasłanianiem załatwiającego się na rynkowej plaży przez znamienitego gościa. Zabawnie, sprośnie – ale tak właśnie wyglądały średniowieczne widowiska uliczne, których polski datowany rodowód to gnieźnieńskie Festa Fatuorum znane w średniowieczu w całej europie. Może, gdyby pojawił się jeszcze na tej plaży nocnik, mielibyśmy czytelne odniesienie do Schulza.

I skończyły się jaja. Przemowa Kościółka – towarzysza znamienitego gościa taki mix Pol Pota, Hitlera i Putina to bardzo mocny moment. Realizm, emocjonalność a przede wszystkim siła perswazji Marka Kościółka to istota ekspansywnego grania z trzewi. Tak to była rzeźnia, taka rzeźnia i takie mięcho, którego dziś brakuje w sztuce. Nie rzeźnia dla samej rzeźni, dla wyplucia się, żeby się wypluć... a by poruszyć, przestraszyć, zmusić do myślenia, a nawet rozdrażnić widza, który to samo ogląda często przed telewizorem z kanapką w ręce. Tu nie było komfortu, był pot, zaciśnięte zęby i ślina, która przy maniackim słowotoku wypływała czasem z ust aktora.

Jeszcze motyw ukarania konfidentów, zagrany na ostro nie tylko przez wspomnianego Marka Kościółka... Tu cały sielsko grający do tej pory zespół poszedł na maxa. Przerażenie niezorientowanych kierowców, gdy mijali rozpięta na słupie ogłoszeniowym dziewczynę, która zdradziła. Bo to wszystko mimo teatru działo się naprawdę, na wyciągnięcie ręki. Podobnie mocna scena tortur na plaży. Znęcanie się nad Karolem Barckim konfidentem, równie wymowne.

Bardzo żywiołowa reakcja widowni, włącznie ze wzburzeniem pana, który niezwykle pobudzony filmował końcówkę, odgrażając się aktorom. Przytomna mocna reakcja „przyjaciela Abdula”... Kościółek, który sadza na dupie pana i innych oburzonych, którzy przecież nie mogą mieć pretensji, skoro tak ochoczo zjedli kiełbasę, tak ochoczo przyjęliby ropę za darmo. Życie takie jest, kto rozdaje za darmo, zabiera też za darmo nawet siłą...

Wymieniliśmy z nazwiska jedynie Kościółka, który był osią finału i Karola Barckiego, którego dobrze już znamy z ubiegłego roku. Prowadzący – konferansjerzy zagrali-ziampiowizowali bardzo wyraziście, pieśniarka w punkt, dziewczyna rozdarta na słupie ogłoszeniowym – przekonująca do bólu. Marcin Pławski spinający bardzo sprawnie zdarzenia, wszyscy zasłużyli na brawa, których nie było wiele, bo treść przygniotła. Tak jednak tym razem miało być.

Mocne, potrzebne widowisko. Bez bezsensownych przegięć w stylu Kozyry czy The Human Body Exhibition. Być może pewne rzeczy widziane fragmentarycznie szokowały, tak jest w sztuce emocjonalnej, a przynajmniej tak być powinno. POLexit eksplodował tak naprawdę dopiero chwile po obejrzeniu. Wzburzony pan podszedł dopytać piszącego te słowa i Tomka Sosnowskiego z radiowej Czwórki, bo może wyrwał z kontekstu, bo bał się, że znieważono flagę. Dopytał porozmawiał i spojrzał inaczej, godząc się w znacznej mierze z przesłaniem.

To był zapewne jeden z mocniejszych akcentów KFA. Co ważne teatr tu niczego nie wymyślił, te scenariusze pisze życie w tym samym czasie gdy zżeramy kiełbasę i pijemy piwo.

Być może reagując na spektakl, reagujemy na samych siebie. To działanie jeśli nawet dotykało bardzo emocjonalnych tematów – nie było tanią prowokacją.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.