http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

„Hotel pod Wesołym Karpiem” u Fredry

„Hotel pod Wesołym Karpiem” sztuka Josepha Hendla napisana i wyreżyserowana przez autora specjalnie dla Teatru im. Aleksandra Fredry zagrana premierowo, właściwie się broni. Przy czym właściwie znaczy niepewność obrony, ale i fakt, że broni się raczej przyzwoicie. Pytanie, czy naprawdę potrzebujemy amerykańskiego formatu? Pozostaje w głowie. Połowa nieoglądalnych programów w TV, to właśnie kopie: talk show, teledurniejów, i im podobnych sitcomów. Rzecz jasna, to właśnie owa „nie-oglądalność” sprawia, że ogląda je ponad połowa mieszkańców kraju nad Wisłą. A jednak teatr, może i nie świątynia, ale czy jest miejscem na sitcom? Wszyscy wiemy o dwóch równoległych tradycjach. Wielkie Dionizje i Małe Dionizje to trochę jak Wielki Teatr i Mały Teatr – to jednak uproszczenie. Tę sztukę warto zobaczyć.


Opowieść o obskurnym Hotelu pod Wesołym Karpiem, który za unijne pieniądze staje się Hotelem żydowskim w centrum Polski, sama w sobie jest absurdem. Absurd jednak swego czasu w teatrze miał się dobrze i było to korzystne zarówno dla teatru, jak absurdu. Usytuowanie Hotelu blisko Auschwitz jedynie podbija pozorną niedorzeczność. Jest ona jednak zapożyczona z rzeczywistości, która już dawno zatraciła zdrowy rozsadek. A przecież geograficzne to idealne miejsce na pojednanie dwóch narodów, które żyły kiedyś obok siebie, które w Auschwitz dzieliły podobny los, choć co chwilę, ktoś próbuje o tym zapomnieć i przekonywać do tego zapomnienia.

Tło póki co zostawmy, wszak o tym się nie rozmawia. Łamanie tabu prowadzi do nieszczęść lub do rozwoju, dzieje społeczeństw pokazały to już niejednokrotnie. Tyle, że tabu zostało już wielokrotnie złamane, kiedy przestało mieć charakter duchowy stało się zwyczajną plotką. XXI wiek uczynił z niej na domiar złego, zwyczajny hejt, którego ponoć nikt nie rozumie, a tak wielu praktykuje. (Nowa duchowość - to duchowość hejtu?). Więc czy tabu polsko-żydowskie jest jeszcze tabu?

Żyd z pieniążkiem, obciach kulturowy – talizman Basi
Basia to właścicielka hotelu. Grana wyraziście przez Iwonę Sapę. Przykładna chrześcijanka, która w pewnym momencie postanawia zawierzyć Ahaswerusowi. To znaczy Basia upatruje dobrej wróżby w Żydzie z pieniążkiem, nie zaś w żydowskiej lalce Ahaswerusa. Basia mało wie o antysemickiej legendzie. Żyd Wieczny Tułacz, co to podobno nienawidził i lżył Chrystusa i za to ta jego tułaczka, póki co jest Basi obcy. Paradoksalnie pomysł na ratowanie interesu, na odrodzenie Hotelu pod Wesołym Karpiem, chytry plan wyciągnięcia kasy unijnej na hotel dla żydowskich turystów, którzy odbywają swoje pielgrzymki do miejsca Shoah, pcha kobietę ku konwersji.
Nie bez znaczenia jest oczywiście postać Leszka, ex skina, co to okazał się Żydem. Wszak Basia się kiedyś z nim bardzo gęsto, powiedzmy kolokwialnie, kochała. Sam Leszek trochę przeflancowany Dany z filmu Henry Beana, raczej mniej dramatyczny, pozbawiony wymiaru Żyda religijnego. Bardzo ważnego wymiaru. Zostawmy póki co rozbiór postaci.

Akcja w Hotelu rozpoczyna się właśnie od pojawienia się pudła z Żydem z pieniążkiem. Wielka przemiana, dobry talizman, swoją drogą przedziwne, że ten nie tylko polski zabobon tak mocno odżył na początku XXI wieku, w życiu Basi, właścicielki Hotelu pod Wesołym Karpiem, przynosi zmiany.

Śmierć Babci czyli Sebastian Perdek
Generalnie spektakl rozpoczyna Bar micwa Ryfki. XX wieczny znak czasu w kulturze Narodu Wybranego kiedy, dziewczyna może się stać Synem Przykazania. (Taki: żydowski werbalny femino-gender). Dziewczyna pisze prace doktorską na temat stosunków polsko-żydowskich, choć chciałaby być Stand Up'erką. Jest w tym na tyle dobra, że dowcip zabija babcię.
Babcia grana przez faceta, trick obliczony na śmiech publiki, nikt nie mówi jednak, że Hotel pod Wesołym Karpiem nie ma być komedią. Zresztą chyba nawet mówi się o tym nader wyraźnie, zbyt dosłownie, że mamy się śmiać, czasem nawet daje się nam znak kiedy. Jakbyśmy byli na tyle głupi by o tym nie wiedzieć.
Ten tani zabieg, babcia Sebastiam Perdek bliski jest nie tyle tradycji teatralnej (wiem, wiem teatr często tak działał: starożytny, elżbietański) co banału - broni się jednak doskonale. Tak naprawdę broni go tylko Sebastian Perdek – mistrz epizodu.

Zaczyna się historia
Pierwsza część Hotelu żydowskiego. Grzegorz i Zbyszek, klasyczne polskie nieroby tyle, że z wyrzutami sumienia. Joseph Hendel jedzie stereotypem, w walce ze stereotypem. Zabieg stary jak satyra. Zostawmy treść rozmowy dość przewidywalnej i przewidywalnie około alkoholowej. Jednak nawet prezentacja trunków niesie dowcip słowny, tu zapewne dobra praca nie tylko autora, ale też tłumacza (Jacek Mikołajczyk).

Jakbyśmy się nie krygowali i nie krzywili na ten amerykański format, jest śmiesznie i nie dotyczy to tylko spiętrzenia historii, czy głupawych miejscami oczek puszczanych do publiki, (wpisane to jest jednak w formę teatru, jaką pokazuje nam Hendel) wkurzających mrugnięć powieki. Jest tu jednak i ten źródłowy humor sytuacyjny i zabawa słowem. To jest jakiś idiom – mówi niekoniecznie o tym Ryfka.

Przemiany postaci, dynamika ich zwrotów i ich radykalność, służą tu czemuś głębszemu niż ośmieszeniu. Zapewne. Zbyszek? Taki trochę anty-semita-prawdziwy-Polak-dresiarz gdzieś w treści sztuki zakochuje się w Ryfce. Początkowo oczywiście sam niby z tym walczy, trochę usprawiedliwia się, że owszem Żydówki są złe, ale Ryfka jest wyjątkiem...Jest też ten motyw, gdy dowiadując się, że Hotel ma przyjmować Żydów maluje sprayem swastykę na drzwiach. Poważnie postawione pytanie, czy naprawdę tak myśli, czy chce to zrobić?...Postać jak to w tej konwencji bywa bardzo kartonowa, okazuje się jednak chwilami trójwymiarową kreacją Karola Kadłubca. Przydałoby się więcej zróżnicowania emocji, wydaje się, że to nie mieściło się w koncepcji reżysera...

Dynamika postaci zarysowana dość wyraźnie również w Grzegorzu. Rzecz nie, w pośmiertnym, podobieństwie do papy Gargemoszela. Momenty, w których Zbyszek udaje, że strzela, a w Grzegorzu wyraźnie odżywa wspomnienie, traumatyczne i wstydliwe - no mało kto był dumny z SB, są dobre. A jednak oprócz ataków paniki, potrafi się Grzegorz podniecić i zapalić tym wspomnieniem najwyraźniej, gdy zdradza tajemnicę Leszka Lewandowskiego, który był najbardziej zakichanym skinheada w południowej Polsce, wszyscy się go bali. Taki postdelartowski motyw gdy Grzegorz odgrywa sytuację rozmowy ojca Lucjana (depozytariusza teczek bezpieki) i Leszka; kiedy ów skin dowiaduje się: kto jest Żydem? Taki motyw trochę jak u Moliere w Lekarzu mimo woli. No i przy okazji teatr w teatrze. Wojciech Siedlecki, gra to dobrze.

Na ile się jednak da, pozostawiam treść, by widz nie tracił niepewności oglądania i by tekst pozostał recenzją spektaklu, a nie literacką. Trudne to rozgraniczenie w tym przypadku.

Aby mówić o problemie polsko-żydowskich relacji trzeba założyć, że ten problem istnieje. Czy jednak przeciętny Polak nie może zasnąć, bo rozmyśla o tym jak go wkurzają Żydzi? Pytanie automatycznie kolejne: czy przeciętny Żyd w Ameryce bądź Izraelu zagryza paznokcie z myślą o antysemitach w Polsce? Pewnie nie, dlatego niejako autor zmuszony został do przyjęcia właśnie komedii zbudowanej na stereotypach. Trzeba też oddać, sprawiedliwość ten stereotyp relacji Hendel rozdzielił po równo. Śmieszni nieśmieszni są zarówno Polacy jak i Żydzi. Zresztą nie ma pewności, kto nie okaże się ostatecznie Żydem.

Zostawiając wytatuowanego w swasty Leszka, Żydów poznajemy nie tylko przez pryzmat Ryfki, która poza sceną, w której wypłakuje się histerycznie Zbyszkowi, że ona nie wiedziała, że Auschwitz to nie tylko holocaust Żydów, że zginęło też 2 mil Polaków...Ta zbitka sprzeczności, że to było tragiczne odkrycie, że Polacy też cierpieli, a jednocześnie Amazing podróż - odkrycie, że może obarczanie Polaków winą jest niesłuszne, zagrany dość neurotycznie fragment zdradza trzeci stereotyp. Tak, Ryfka jest tu bardziej Amerykanką z polskich wyobrażeń, niż Żydówką. Zupełnie inna, bardziej głęboka staje się Anna Pijanowska – Ryfka z biegiem sztuki, kiedy zdaje sobie sprawę, że ci obarczeni przez babcie winą Polacy to często: dobrzy, mili ludzie: Basia, a nawet ten początkowo durnowaty Zbyszek...Ładny moment z odkryciem poprzez smak karpia w galarecie, że to gdzieś tu musi być rodzinny dom babki. Za to Ryfka w wizji sennej Zbyszka trochę za bardzo z tureckiego serialu Wspaniałe stulecie.

Gargemoszel i jego ojciec. Zacznijmy od syna. Tak rozentuzjazmowany w widzeniu wszystkich Polaków jako antysemitów 15 latek, który biega z jarmułce z flagą Izraela dowodząc, że antysemityzm w Polsce jest wszędzie trochę irytuje i tak miało być. A mówi to bez cienia wątpliwości. Wygadujący stek bzdur, że Polska jest cool, poza antysemityzmem. Wypowiada w tym komediowym zagrywaniu się bardzo poważne zdanie: Antysemityzm nie jest cool. Sebastian Perdek robi to naprawdę dobrze, nie przypomina zresztą Klemensa z Barw Szczęścia (choć taki tekst pada z ust Zbyszka). No i teksty o bombie atomowej i terrorystach...niby jakieś wspomnienie o winie w Palestynie, a jednak takie lajtowe. Pojawienie się papy Gargemoszela: to trochę, jeśli to paradoks, kolejny żydowski nacjonalizm, upolityczniony, pewnie dlatego bardzo karykaturalny. Nieźle zagrane przez Wojciecha Siedleckiego.

Jest jeszcze jeden Żyd, w tej sztuce. Może trochę niepotrzebnie sklejony w dwa stereotypy Żyd z pieniążkiem jednocześnie Ahaswerus. Mimo pewnych karykaturalnych momentów, jak taniec po odnalezieniu Tory, chyba z założenia autora najbardziej jednorodna postać. (Tora Tora Tora z repertuaru Numero Uno głupi, ale udany cytat). Może jedynie szkoda, że źródło Żyda Wiecznego Tułacza, poza momentem rozmowy z Jezusem pod koniec spektaklu, gdzieś umyka. Głęboka, choć przejęta przez antysemityzm legenda ginie. Szkoda. Jeśli jednak jesteśmy przy Ahaswerusie. Tutaj Hendel po mistrzowsku zachowuje granice, lalka grana przez Wojciecha Kalinowskiego bywa śmieszna, jednak ani przez moment nie staje się jakimś kartonowym wizerunkiem Żydka-Hasyda (jaki dał nam pod koniec Karol Kadłubiec). Tej postaci autor pozwolił na głębię i refleksję.

Wojciech Kalinowski wykorzystał to przyzwolenie do granic. Mimo, że raczej jako lalka – figurka, dostał ograniczony zasób środków aktorskich. Twarz Kalinowskiego, która jest w tym przedstawieniu podstawą jego gry, bywa momentami, zwłaszcza w tych scenach, gdzie niekoniecznie jest głupio-śmiesznie, bywa twarzą Romana Wilhelmiego. Słuszna decyzja obsadowa – Ahaswerus Wojciecha Kalinowskiego unosi ciężar bycia osią spektaklu, punktem odniesienia. I chyba jedyna postać przy, której nie rodzi się ani przez moment strach, że za chwilę wyskoczy Alphonse Hercules "Al" Bundy.

Oczywiście jeśli się wgłębić w tradycję, to zamieszczone w programie opowieści: o krwawej ofierze, o koźle ofiarnym, zaczynają być czytelne. Historia z skarbem też nie jest tak płaska. Bo przecież jeszcze przed Szoah błyskotki znaczyły by tyle co nic, i skarb prawdziwy odnalazł Ahaswerus biorąc z tego „złotego pociągu” w piwnicy Hotelu pod Wesołym Karpiem jedynie Torę.

Oczywiście konwencja komedii nie jest niczym złym, Małe Dionizje też były świętem. Jednak pojednanie w konwencji sitcomu może okazać się pojednaniem Jasia Fasoli i wspomnianego Ala - tylko czy o to chodzi? Śmiech oczyszcza, trudno jednak mówić by w Hotelu pod Wesołym Karpiem dokonało się głębsze katharsis.

Oczywiście to taki spektakl, w którym treść wyrasta ponad wartość absolutną, jaką w teatrze jest teatr. To sytuacja nie zawsze korzystna dla teatru, trochę częsta w Teatrze im. Aleksandra Fredry, tym razem jednak uzasadniona. Nieco wydumany, mogłoby się wydawać jeszcze niedawno problem, powraca jak Die Welle (swoją drogą dobry film Dennisa Gansela), ostatnio bardzo intensywnie, nie tylko za sprawą ISIS. Publicystyka w teatrze bywa natrętna, tu jednak pewna aktualność polityczna, ewidentne nawiązanie w zakończeniu do spalenia kukły Żyda we Wrocławiu, są uprawnione. Na domiar dobrego - zakończone pozytywnie. Aluzje do rzekomej pornografii w teatrze i reakcji rzeczywistego ministra kultury – bez problemu, teatr powinien wystąpić w obronie teatru, nabieranie wody w usta to postawa tchórzy, tacy nie powinni zajmować się sztuką chyba, że satysfakcjonuje ich uprawianie sztuki dworskiej.

A jednak tekst Barbary o wygranej PiS, żenada rodem z Mazurskiej Nocy Kabaretowej. Widz wie, o czym Basia do niego rozmawia, nawet jeśli Basia mu nie wyjaśnia co ma na myśli, jeśli więc widz chce słuchać o nieudaczności Platformy i zamordyzmie Prawa i Sprawiedliwości idzie na kabaret, nie do teatru.

Zadziwia mnie to, że mam wątpliwości, nie mogę powiedzieć, że spektakl zły, bo aktorzy grają dobrze, momentami bardzo.

Muzycznie? No cóż facet, który robił kiedyś najlepszą polską kapelę przełomu XX i XXI wieku - Something Like Elvis, nie robi gniotów. Maciej Szymborski w punkt nawet w tej konwencji.
Scenografia - zdecydowanie czysto i na temat i w konwencji. Do tego skos podłogi podbija perspektywę, niedomkniętego pudełka.

Temat – ważny niewątpliwie
Reżyseria, zdecydowanie konsekwentna i utrzymana w konwencji. Wydaje się jednak, że połączenie autorstwa tekstu z reżyserią pozbawiło Hendla dystansu, do tego czytelne zmiany tekstu w ostatnich chwilach, dyktowane wydarzeniami bieżacymi. Z jednej strony siła, z drugiej słabość przedstawienia.

Aktualność, i intuicyjne zgranie czasu realizacji sztuki z czasem wydarzeń na Świecie, pozwoli temu spektaklowi zapisać się na kartach spektakli ważnych. Gdybyśmy mieli do czynienia z teatrem niezależnym lub alternatywnym – wygrywałby konkursy i festiwale.

Podobnie jednak jak Basia i Leszek w sztuce mówią o profesjonalizmie, chcemy mówić o scenie profesjonalnej w kategoriach profesjonalnych. Joe Hendel napisał dobry tekst, choć pełen odniesień i zapożyczeń, to nie jest wada - dziś żyjemy w epoce sampli. Być może trochę niepotrzebnie aż tak, zaznaczał polskie tu i teraz.

Joe Hendel dobrze wyreżyserował też sztukę w przyjętym formacie jak mówią w TV, lub konwencji jak mówiło się kiedyś w teatrze. Coś się jednak nie do końca skleiło, nie siadło tak jak wydawało się że siądzie. Być może to wina zmian w ostatnich chwilach, braku fazy odrzucania pomysłów i wyczyszczenia. To jednak jest sztuka warta obejrzenia. Jest w tej nieszczęsnej konwencji mimo wszystko sporo rzetelnego teatru, dobrej momentami gry aktorskiej. Tyle, że ten chrystusowy moralitet na koniec, trochę czyni Hotel pod Wesołym Karpiem teatrem dla szkół, zagranym by młodzież nakłonić do dyskusji. Owszem nawet sympatyczny ten Jeszua, trochę Disneyowski, raczej nie z Brooksa ten Mesjasz z Teatru Fredry.

„Hotel pod Wesołym Karpiem” nie porywa, nie przeraża, raczej bawi, czasem skłania do refleksji. To dziś nie jest mało. Ponadto kilku pseudo-patriotów mogłoby zobaczyć swoje prawdziwe oblicze, może byłoby im łatwiej z sobą gdyby sami siebie wyśmiali.

Cokolwiek by nie powiedzieć sztuka, która budzi emocje. Teatr, który chce o czymś mówić. To sukces. Konwencja może się nam nie podobać, możemy się na nią nie godzić. Jeśli się jednak trzymać jej właśnie, to to dobrze zrobiony sitcom. Wbrew pozorom o zupełnie nie sitcomowej treści.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.