http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Chore ferie...

Niezłe miałem ferie, nie ma co… Niewiele doprawdy brakowało, a niechybnie zszedłbym z tego świata. Wszystko to oczywiście za sprawą niepozornego, aczkolwiek bardzo groźnego, choćby dlatego, że nieustannie mutującego się… wirusa grypy! Dopadła mnie nagle i niespodziewanie, a co najgorsze – skutecznie. Bezwzględna franca – grypa!

Grypka w ferie...

Ferie w środku zimy to naprawdę wspaniała rzecz. Budzę się rano, spoglądam na zegarek, jest 5.45, już skacze mi ciśnienie, już chcę zakląć szpetnie w myślach i zestresować się nieco, gdy nagle przeżywam prawdziwie radosne olśnienie, a po chwili euforię. Przecież nie muszę wstawać, nie muszę opuszczać ciepłego łóżeczka, nie muszę jechać do pracy, są ferie! Zasypiam. Po około 10 – 15 minutach budzę się przerażony, zaspałem, nie słyszałem budzika! Ułamek sekundy jednak wystarcza mi, by już po raz drugi tego ranka uświadomić sobie, że nie muszę zrywać się z pościeli, ponieważ mam wolne. Uspokojony zapadam w kolejną drzemkę, by po 10 – 15 minutach zerwać się z przerażeniem... itd. itp. Poranną nerwówkę oraz towarzyszący jej niedłącznie błogi spokój przeżywam każdego feryjnego poranka co najmniej 5 – 6 razy.

Biegam sobie...

Biegam sobie od niedawna. Kariery – zwłaszcza błyskotliwej – już pewnie nie zrobię, niemniej jednak to moje truchtanie bezapelacyjnie sprawia mi wielką przyjemność. Największą oczywiście po biegu czy treningu, mniejszą w jego trakcie (i to najwcześniej po 2 – 2,5 km), najgorzej natomiast jest przed samym startem. Nie przymierzając wygląda na to, że cięższą walkę muszę stoczyć sam ze sobą – by zwlec się z mięciutkiego tapczanu lub wygodnego fotela – niż z rywalami na trasie. Bez posądzeń o eufemizm proszę, ale coś w tym jest, że najgroźniejszym rywalem każdego wyczynowca (nawet takiego amatora jak ja) jest własna słabość.

Targowisko Piłsudskiego

Miasta – jak ludzie – rodzą się, rosną, dojrzewają, pięknieją, a nawet umierają. Ponieważ ich żywot trwa jednak znacznie dłużej niż życie człowieka, rzadko kiedy mamy okazję doświadczyć osobiście owego niesamowitego i strasznego zarazem zjawiska, jakim jest śmierć miasta. Wydaje się, że ostatnim człowiekiem, a właściwie „nadczłowiekiem”, który w tej części świata próbował wymazywać poszczególne miasta z map, był niejaki Adolf Hitler, ten sam – w co już naprawdę trudno uwierzyć, zważywszy choćby na to, co uczynił Warszawie i wielu innym polskim ośrodkom miejskim – do którego wznoszą po lasach modły polscy neofaszyści.

Głupi Lech

Ja wiem, że nie wypada tak mówić o własnym (i nas wszystkich) protoplaście i z góry serdecznie zainteresowanych przepraszam, ale kiedy tylko o tym pomyślę, tracę panowanie nad sobą i najzwyczajniej w świecie zalewa mnie krew, a na usta cisną się zdecydowanie gorsze i zdecydowanie bardziej dobitne wyrazy, niż tylko ów tytułowy „głupi”.

3 batalie na 2 frontach

Jeszcze 3 tygodnie temu, składając sobie życzenia noworoczne, zastanawialiśmy się wszyscy, co też przyniesie nam nowy – 2018 – rok. Wiemy oczywiście doskonale, że oczekiwania to jedno, a rzeczywistość drugie. Mamy świadomość, że różni ludzie przywiązują wagę do różnych rzeczy, zdarzeń, zjawisk, osób… itp. Rozumiemy, że różne  zainteresowania rodzą różne preferencje. Jedno wszakże nie ulega najmniejszej wątpliwości, a mianowicie to, że w bieżącym roku czekają nas 3 wielkie batalie, na dwóch – na szczęście w przenośni – frontach.

Jubileusz

Dawno, dawno temu, lat 10 z okładem, za górami, za lasami, za szeroko rozlanymi rzekami – wszystko oczywiście w zależności od tego, z której strony się patrzy - na wielkopolskich równinach, u stóp gnieźnieńskiego Wzgórza Lecha, założył Karol portal informacyjny „informacjelokalne.pl”. Tak, tak, dokładnie ten sam, w którym czyta(sz) Pani/Pan właśnie niniejszy felieton. Trudno uwierzyć, a jednak!

Święto Trzech Króli

Kilka lat temu pewien znany polski satyryk skwitował lawinę życzeń, jaką z okazji świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku przekazują sobie nasi rodacy, krótkim, aczkolwiek niezwykle trafnym i dobitnym stwierdzeniem, które brzmiało „wszyscy wszystkim wszystkiego”. Uczciwie przyznaję, że jeszcze dwa tygodnie temu również i ja byłem jednym z kamyczków owej „życzeniowej” lawiny. Byłem maciupkim trybikiem w ogromnej, wielomilionowej machinie, której kwintesencją były słowa „wszystkiego najlepszego...”.

Subskrybuj to źródło RSS