http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Skleroza

Czy ja pisałem może już kiedyś, że demokracja, to – jak powszechnie wiadomo – prymat większości nad zdrowym rozsądkiem. Że ten patologiczny układ najbardziej uzewnętrznia się podczas każdorazowych wyborów. Wtedy to bowiem okazuje się, że głos obszczymurka spod budki z piwem równy jest głosowi – dajmy na to – profesora uniwersyteckiego. Ponieważ miłośników budek z piwem jest w tym kraju znacznie więcej niż profesorów, więc zarówno rząd jak i sposób sprawowania władzy, mamy właśnie takie, a nie inne.

Przysłowia, czyli... wystarczy nie kraść!

Nie po raz pierwszy już zastanawiamy się tutaj nad sensem i znaczeniem polskich przysłów ludowych, nad ich pochodzeniem, nad tym wreszcie, jak wiele zawierają one  w sobie – bądź nie – ludowej (czyli powszechnej) mądrości. Ba, bardzo często można spotkać się z tezą, że przysłowia ludowe są niczym innym, jak tylko swoistym kompendium mądrości narodu. Rodziły się one bowiem poprzez obserwację wszystkich sfer życia, częstszych lub rzadszych zjawisk, tradycji i zwyczajów, ludzkich zachowań, zmieniających się pór roku itd... Tworzyły je całe pokolenia naszych przodków przez wiele minionych stuleci.

Marzec figlarzec...

Stało się. Czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy, no i się doczekaliśmy. Oto nadszedł marzec, a marzec to przecież nic innego, jak tylko obietnica rychłej wiosny. Wiosny, wiosneczki, wiosnuszki – bezapelacyjnie najpiękniejszej ze wszystkich pór roku. Szkoda tylko, że w Gnieźnie wiosenkę najbardziej się... czuje. Pierwszym i najbardziej rozpoznawalnym symptomem wiosny w Grodzie Lecha jest bowiem wydobywający się z kominów (zwłaszcza o poranku), charakterystyczny, żrąco – duszący, toksyczny dym. Bywa, że jest on wszechobecny, a powstaje w wyniku nagminnego spalania w piecach plastykowych butelek, kolorowych czasopism, niepotrzebnych rzeczy, śmieci itp. Ponoć na węglu można o tej porze roku sporo zaoszczędzić.

Zgiń, przepadnij maro zimowa!

Według przewidywań synoptyków – i to nie byle jakich, bo amerykańskich – za którymi wiadomość tę podały zresztą wszystkie poważne media i portale internetowe, w lutym miała być w Polsce prawdziwa wiosna. Jak jest każdy widzi, a właściwie… odczuwa! Nawiasem mówiąc, nie potrafimy przewidzieć pogody na dwa miesiące do przodu, ale wiemy jaka narodowość i jakie wyznanie będzie dominować w Europie za 20 lat (sic!), co jest oczywiście nadużyciem, anachronizmem, bzdurą i typowym przykładem demagogii, służącej określonym politykom. Mało tego, są ludzie – w Polsce szczególnie liczni – którzy wiedzą nawet to, czego życzy sobie sam… Pan Bóg! Pomijam już zupełnie fakt, że zwykłym zbiegiem okoliczności oni i Bóg chcą zawsze akurat tego samego. Ci są naprawdę groźni i bezapelacyjnie należy zamykać ich na Dziekance.

Chore ferie...

Niezłe miałem ferie, nie ma co… Niewiele doprawdy brakowało, a niechybnie zszedłbym z tego świata. Wszystko to oczywiście za sprawą niepozornego, aczkolwiek bardzo groźnego, choćby dlatego, że nieustannie mutującego się… wirusa grypy! Dopadła mnie nagle i niespodziewanie, a co najgorsze – skutecznie. Bezwzględna franca – grypa!

Grypka w ferie...

Ferie w środku zimy to naprawdę wspaniała rzecz. Budzę się rano, spoglądam na zegarek, jest 5.45, już skacze mi ciśnienie, już chcę zakląć szpetnie w myślach i zestresować się nieco, gdy nagle przeżywam prawdziwie radosne olśnienie, a po chwili euforię. Przecież nie muszę wstawać, nie muszę opuszczać ciepłego łóżeczka, nie muszę jechać do pracy, są ferie! Zasypiam. Po około 10 – 15 minutach budzę się przerażony, zaspałem, nie słyszałem budzika! Ułamek sekundy jednak wystarcza mi, by już po raz drugi tego ranka uświadomić sobie, że nie muszę zrywać się z pościeli, ponieważ mam wolne. Uspokojony zapadam w kolejną drzemkę, by po 10 – 15 minutach zerwać się z przerażeniem... itd. itp. Poranną nerwówkę oraz towarzyszący jej niedłącznie błogi spokój przeżywam każdego feryjnego poranka co najmniej 5 – 6 razy.

Biegam sobie...

Biegam sobie od niedawna. Kariery – zwłaszcza błyskotliwej – już pewnie nie zrobię, niemniej jednak to moje truchtanie bezapelacyjnie sprawia mi wielką przyjemność. Największą oczywiście po biegu czy treningu, mniejszą w jego trakcie (i to najwcześniej po 2 – 2,5 km), najgorzej natomiast jest przed samym startem. Nie przymierzając wygląda na to, że cięższą walkę muszę stoczyć sam ze sobą – by zwlec się z mięciutkiego tapczanu lub wygodnego fotela – niż z rywalami na trasie. Bez posądzeń o eufemizm proszę, ale coś w tym jest, że najgroźniejszym rywalem każdego wyczynowca (nawet takiego amatora jak ja) jest własna słabość.

Targowisko Piłsudskiego

Miasta – jak ludzie – rodzą się, rosną, dojrzewają, pięknieją, a nawet umierają. Ponieważ ich żywot trwa jednak znacznie dłużej niż życie człowieka, rzadko kiedy mamy okazję doświadczyć osobiście owego niesamowitego i strasznego zarazem zjawiska, jakim jest śmierć miasta. Wydaje się, że ostatnim człowiekiem, a właściwie „nadczłowiekiem”, który w tej części świata próbował wymazywać poszczególne miasta z map, był niejaki Adolf Hitler, ten sam – w co już naprawdę trudno uwierzyć, zważywszy choćby na to, co uczynił Warszawie i wielu innym polskim ośrodkom miejskim – do którego wznoszą po lasach modły polscy neofaszyści.

Subskrybuj to źródło RSS