http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Targowisko wróć!

Wyróżniony Targowisko wróć!

Miałem ostatnio niekłamaną przyjemność wysłuchania bardzo ciekawego wykładu dr Elizy Grzelak, poświęconego nazwom miejscowym Gniezna i okolic. Wykład ów odbywał się w ramach cyklu Gnieźnieńskich Konwersatoriów Historycznych. A wspominam o tym tylko dlatego, że problem onomastyki Gniezna (i okolic) nurtuje mnie już od dawna i szczerze mówiąc, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że poruszałem go chyba też już wcześniej na łamach informacjilokalnych.pl.


Gdyby tak było (pora zacząć archiwizować felietony) przepraszam za swój maniacki upór, ale sprawa jest warta tego, by wracać do niej i to aż do… skutku. A zatem, miejscowości podobnie jak ludzie, rodzą się, rosną, dojrzewają, pięknieją, a nawet umierają. Żywot ich trwa jednak znacznie dłużej niż życie człowieka, dlatego też rzadko kiedy mamy okazję doświadczyć osobiście owego niesamowitego i strasznego zarazem zjawiska, jakim jest śmierć miasta.

Ale do rzeczy, jednym z widomych znaków wzrostu (czyli ich historii) miast (miejscowości) są występujące w nich nazwy miejscowe. I tak, centralny rynek (często targ) oraz rozchodzące się promieniście z jego rogów ulice świadczą o średniowiecznym rodowodzie i lokacji na prawie – czy to się komuś podoba czy nie – magdeburskim. Nazwy ulic z kolei określają mieszkające przy nich społeczności: zawodowe (Szewska, Rzeźnicka, Stolarska, Młyńska, Sukienników itp.); narodowościowe (Żydowska, Ruska, Niemiecka, Olęderska itp.); wyznaniowe (Farna, Tumska, Franciszkańska, Ewangelicka, Rabinacka itp.) lub trakty wylotowe do najbliższych (lub dalszych) miejscowości (Poznańska, Kłeckoska, Dalkoska, Warszawska, Krakowskie Przedmieście itp.).

Od reguły tej jest oczywiście mnóstwo odstępstw i wyjątków, jako że każde miasto jest inne, każde z nich żyje swoim indywidualnym życiem, każde wreszcie ma swoich bohaterów i antybohaterów. A poza tym, niebagatelny wpływ na historię naszych miejscowości, wyrażającą się w miejscowym nazewnictwie, ma też historia powszechna (wspólni narodowi bohaterowie) oraz – niestety – polityka.

Z tym ostatnim działaniem na ogromną, niespotykaną dotąd skalę mieliśmy do czynienia tuż po wojnie, kiedy to „państwo socjalistyczne” odgórnie narzucało nam nowe nazwy nie tylko ulic (Armii Czerwonej, Walki Młodych, Janka Krasickiego) placów (Bohaterów Stalingradu, 21 stycznia), zakładów pracy (Stocznia im. Lenina, Kopalnia im. 22 Lipca), ale i całych miast (Stalinogród). Nowi bohaterowie najczęściej nie mieli nic wspólnego z miejscami, którym patronowali i – szczerze mówiąc – bliżej było im do Moskwy, niż dajmy na to Warszawy, że o Gnieźnie czy innym Trzemesznie nie wspomnę.

Zasadnym więc wydaje się proces dekomunizacji nazw miejscowych i powrót – w miarę możliwości – do nazw pierwotnych. No właśnie, w miarę możliwości... Okazuje się bowiem, że to z pozoru proste zadanie, wcale nie jest takie łatwe w wykonaniu, ponieważ osoby decyzyjne – podobnie jak ich poprzednicy tuż po wojnie – nie potrafią oprzeć się pokusie i zamiast przywracania nazw pierwotnych, znowu narzucają nam z góry „swoich” bohaterów.

Właśnie w ten sposób, gnieźnieński Plac 21 stycznia nie powrócił do swej dawnej nazwy – wywodzącej się od istniejącej tu już w XIII w. osady – Targowisko (nawiasem mówiąc, adekwatnej i do jego dzisiejszej funkcji), a przyjął nazwę  Placu Józefa Piłsudskiego. Z olbrzymią pokorą i z całym szacunkiem dla Marszałka, ale po prostu szkoda! Tak samo zresztą, jak szkoda, że ulica Walki Młodych (dawno temu) nie wróciła do swojej poprzedniej nazwy (Szpitalna) pochodzącej od znajdującego się tam pierwszego w Gnieźnie szpitala (właściwie przytułku) i jednego z najstarszych w Wielkopolsce.

Mało tego, druga gnieźnieńska ofiara obecnej fali dekomunizacji, czyli Wincenty Pstrowski – mógł sobie przecież chłopina zostać, chociażby po to, by przypominać, że istniały takie czasy, iż narodowym bohaterem można było zostać, fedrując 300 procent normy – miała z Pierwszą Stolicą Polski dokładnie tyle samo wspólnego, co zastępujący ją gen. Leopold Okulicki. To samo dotyczy oczywiście Trasy 40-lecia i to bez posądzania o jakąkolwiek sympatię do tego, słusznie minionego, tworu. Był PRL? Był! Przetrwał 40 lat? Przetrwał! Wybudowano w czasie jego trwania trasę? Wybudowano! To dlaczego do jasnej cholery nie ma pozostać jej pierwotna nazwa, jako obraz i pamiątka tamtych czasów?! A emocje, które nami dzisiaj wstrząsają? Mój Boże, a któż za 100 lat będzie o nich pamiętał?!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.