http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Zejście ze sceny...

Wyróżniony Zejście ze sceny...

Trochę może nawet wstyd się przyznawać, ale... bardzo lubię boks. Lubię to nawet zbyt mało powiedziane, bo pojedynki w najcięższych wagach, to już po prostu uwielbiam. I to pomimo faktu, iż jestem zdecydowanym pacyfistą, przyjaźnie nastawionym do świata ludzi i zwierząt, lubię patrzeć jak te potężne ludzkie kolosy walą się po mordach, rozcinają sobie łuki brwiowe, krwawią i wreszcie nokautują się. Nie wiem i nawet się nie domyślam, skąd w człowieku o tak dużej i wysokiej wrażliwości jak ja (jak cię nie chwalą, chwal się sam!) bierze się podziw dla zwierzęcej przemocy i brutalnej siły fizycznej. Może to jakiś ukryty atawizm? No, po prostu lubię i już!


Pamiętam jak prawie już 9 lat temu Andrzej Gołota stoczył morderczy pojedynek z Tomaszem Adamkiem. Jak większość rodaków, czekałem na tę walkę z ogromną niecierpliwością, odliczałem dni, śledziłem newsy, stawiałem zakłady. Czekałem spokojnie, bo z której strony by nie patrzeć, wiadomo było, że wygra Polak. Kibicowałem Gołocie, wychodząc z założenia, że tyle dobrego zrobił dla rozsławienia polskiego boksu, tyle razy udanie (nieudanie, kilka razy, niestety też!) zaprezentował się w walkach z najlepszymi pięściarzami świata, tyle razy wreszcie dosłownie otarł się o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej, że zwycięstwo w pojedynku z Adamkiem po prostu się... jemu należało (nie mylić z obecną „władzą”, bo było to przed „ich erą”). Byłoby ono niejako ukoronowaniem jego wieloletniej, barwnej kariery, a tytuł najlepszego polskiego boksera byłby jakąś osłodą nadchodzącej w szybkim tempie pięściarskiej emerytury. Bo przecież nie pas Polsatu?!

Czekałem więc, czekałem, ale się nie doczekałem. Jak pewnie większość Polaków zdziwiłem się wtedy, rozczarowałem, a może nawet przeżyłem lekki szok. Do tej pory – a minęło już 9 lat – przykładowo, bardziej od porażki Andrzeja Gołoty, dziwi mnie, co na bokserskiej gali Polsatu robił taki na przykład Krzysztof Ibisz. Albo też, dlaczego gwiazdą „walki stulecia” – zamiast Gołoty czy Adamka – była młoda dziewczyna na ruchomych schodach, ubrana w suknię ślubną z nieodłącznym podpisem „reklama”.

Moim zdaniem tamten pojedynek skończył się zbyt szybko, przy czym nie chodzi mi wcale o znajdujący się w lodówce zapas piwa i chipsów, na co najmniej siedem a może i osiem rund. Rzecz natomiast w tym, że ówczesna „walka stulecia” była wręcz nieproporcjonalnie krótka w stosunku do czasu oczekiwania na nią oraz do towarzyszących jej emocji. Wszystko to rozegrało się za szybko i zbyt jednostronnie. Winę ponosi oczywiście mój faworyt, który – nie mogę się oprzeć wrażeniu – zlekceważył rywala. A tak swoją drogą, konsekwencja Gołoty musi budzić podziw. Przecież już dawno temu, kiedy tylko zaczęto przebąkiwać o możliwości takiego pojedynku Andrzej Gołota zadeklarował, że „nie bije kobiet, dzieci i Adamka”. Konsekwencja naprawdę godna podziwu. Adamek deklaracji o „niebiciu Gołoty” nie składał, a efekt braku tejże widzieliśmy podczas pamiętnej walki. O innych deklaracjach Adamka – tych społeczno-światopoglądowych – lepiej nie wspominać, bo są one jaskrawym dowodem na to, że „branie po ryju” jest jednak szkodliwe. Osobnym rozdziałem są też wypowiedzi, jakie po skończonej walce zdołali wyartykułować obaj jej uczestnicy, no ale przecież z drugiej strony – jako się rzekło powyżej – trudno wymagać głębokich i inteligentnych komentarzy od facetów walących się po mordach.

Podsumowanie: Przypadek Andrzeja Gołoty powinni wziąć sobie do serca wszyscy politycy wszelkich szczebli – także gnieźnieńscy – bo naprawdę bardzo ważne jest – zwłaszcza w kontekście nadchodzących wyborów – żeby wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Najlepiej niepokonanym!

1 komentarz

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.