http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpghttp://informacjelokalne.pl/images/banners/nbaner01.jpg

Boży palec...

Wyróżniony Boży palec...

Dzisiaj, o dziwo, nie będzie o piłkarzach. Jak Polska długa i szeroka wszyscy komentują kompromitującą inauguracyjną porażkę z Senegalczykami. My nie! My tacy nie jesteśmy… Głównie oczywiście dlatego, że nie kopie się leżącego, i to nawet wtedy, jeżeli leżący uśmiecha się i próbuje zaintonować „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało…”


Będzie natomiast o Opatrzności. O Opatrzności, której doświadczyłem na własnej skórze, i to w najbardziej niespodziewanym – co jest tożsame z... najbardzie potrzebnym – momencie. Było to późnym popołudniem na ulicy Bolesława Chrobrego. Jechałem na Skowronię, na moje ulubione miejsce na ziemi, na działeczkę, gdyż doszły mnie hiobowe wieści, jakoby susza, sprowokowana – wiadomo – przez Tuska, dokonała niesamowitych spustoszeń wśród moich upraw. Stałem w całkiem sporym korku aut, z których większość jechała na wprost, w kierunku wielkiego złomowiska, którym kończy się główna i reprezentacyjna ulica naszego miasta. Ja zamierzałem skręcić w lewo, w ulicę Sobieskiego. Mieć zamiar to niestety jedno, a zrealizować go to drugie!

Kiedy pojawiło się długo wyczekiwane zielone światło, samochody natychmiast ruszyły. Prawie wszystkie. Prawie – jak wszyscy już doskonale wiedzą – robi wielką różnicę. Kierowca auta, które stało tuż przede mną należał bowiem – jak się nagle okazało –  do wcale nie tak rzadkiego gatunku kierowców, którzy na pomyślenie, a co za tym idzie na wykonanie najprostszej czynności, potrzebują kilka razy więcej czasu niż ludzie przeciętnie inteligentni. W praktyce objawiało się to w ten sposób, że kiedy samochód niedawno jeszcze stojący przed nim, znajdował się na wysokości wjazdu do byłych koszar, do jego świadomości zaczął powoli docierać fakt zmiany świateł. Kiedy to sobie w końcu uzmysłowił (a może... kiedy się obudził!), ruszył gwałtownie, a ja krańcowo zniecierpliwiony, tudzież wkurzony, za nim. I to równie gwałtownie. Wiadomo, Skowronia – niczym Morze Aralskie – wysycha. Zielone światło, jak się szybko okazało, jest jednak całkowicie bezduszne i za nic ma sobie „wolnomyślicieli”, więc bardzo szybko zamieniło się w żółte, a następnie w czerwone. Efekt był taki, że nie najszybciej myślący i reagujący kierowca auta znajdującego się tuż przede mną, zahamował równie gwałtownie, jak jeszcze przed chwilą ruszał. Ujechał wszystkiego może ze dwa metry. Chcąc nie chcąc, musiałem zrobić to samo, i ledwo co ruszywszy, gwałtownie zahamowałem. I co się wtedy okazało? Mimo, iż pedał hamulca wcisnąłem prawie w podłogę, jechałem dalej. Jezdnia była dziwnie śliska, a przyczepność praktycznie zerowa. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, niemniej jednak wszystkie zmysły miałem przez to okamgnienie tak wyostrzone, że wyraźnie widziałem, jak przód mego auta nieubłaganie zbliża się do tyłu auta właśnie gwałtownie przede mną hamującego. Zatrzymałem się dosłownie w momencie, kiedy już spodziewałem się usłyszeć hałas zgniatanego metalu i tłuczonego szkła lampy. Mój pojazd znajdował się dokładnie o 0,7 milimetra od tamtego samochodu. Może to śmieszne, ale pierwszą rzeczą, jaką pomyślałem, było „jak to dobrze, że w taki upał (duszno i parno) nie muszę wychodzić z samochodu, walić tamtego niedorozwiniętego kierowcę w pysk i tłumaczyć się policji”!

Przez ten ułamek sekundy ujrzałem też – dawno nieoglądaną – własną duszę. Siedziała sobie spokojnie na moim ramieniu i uśmiechała się. Widziałem ją wyraźnie. Do kogo tak się śmiejesz duszyczko? – pomyślałem – i właśnie wtedy ujrzałem Go! To była on – Boży palec!

Nareszcie go zobaczyłem, ucieszyłem się, bo miałem do niego kilka pytań. Nim jednak zdążyłem otworzyć usta, by o cokolwiek zapytać, np. po co rodziłem się ładny, skoro i tak prawie zaraz zamieniono mnie w szpitalu (z Antonio Banderasem); gdzie jest złoto Wrocławia i Bursztynowa Komnata?; dlaczego nie można powiedzieć garbatemu, że równy z niego gość?; czy zaatakowany kucharz może wezwać na pomoc posiłki?; czy to prawda, że ulubioną zabawą dzieci grabarza jest zabawa w chowanego?; dlaczego nauczyciele wychowania seksualnego nie powinni zadawać prac domowych?; i wreszcie gdzie On był, kiedy nieloty (bo na pewno nie orły!) Nawałki kopały się po głowach w meczu z Senegalem?! Nim zdążyłem o cokolwiek zapytać, zniknął!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.