http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Wojna

Wyróżniony Wojna

Zaczęło się bardzo niewinnie. Umówiłem się z nią na dziewiątą. Z żoną znaczy! Ale nie przyszła, nie pojawiła się w ogóle. Wkurzyłem się jak jasna cholera. Trzy minuty po dziewiątej przysłała faks, że nie przyjdzie, bo jej nie pasuje, że ma inne równie ważne spotkanie.


Bardzo ciekawe jakie? Myślałem, że szlag mnie trafi! Zagotowałem się, zabulgotałem, zawrzałem po prostu! To ja zostawiam wszystkie moje – absolutnie nie cierpiące zwłoki – zajęcia, żeby się z nią spotkać, a ona ma jakieś swoje „ważne sprawy”?! Zresztą, co może być ważniejsze ode mnie?!

Ścięliśmy się prawie natychmiast i to od razu śmiertelnie. Może, gdyby mnie przeprosiła zaraz na początku, posmerała, pocałowała w rękę, ukorzyła się w lokalnych mediach, spróbowałbym wybaczyć, zrozumieć, podejść do tego inaczej. Tymczasem ona nawet nie poczuwa się do winy. Ba, odwraca kota ogonem (w miechu!) i twierdzi, że to moja wina! Czy można sobie wyobrazić większą bezczelność?!

W spór momentalnie zaangażowały się nasze dzieci. Jak było do przewidzenia, podzieliły się. Zadziałała podstawowa zasada seksizmu, syn przyznał rację mi, córka stanęła po stronie żony. Napięcie sięgnęło zenitu, atmosfera stała się gęsta i ciężka, niczym w sztabach wyborczych wszystkich ugrupowań politycznych, tuż po podaniu informacji o frekwencji w prawyborach.

Trochę się oczywiście tasowaliśmy, gdyż obie strony były nadzwyczaj aktywne i starały się przekonać pozostałych do swoich racji. Był nawet taki moment, że moje zwycięstwo było blisko jak nigdy. 1 czerwca, w dzień wypłaty kieszonkowego (w tym miesiącu podwójnego, bo skumulowanego z Dniem Dziecka), zarówno syn jak i córka zdecydowanie stanęli po mojej stronie. Niestety, już następnego dnia potomstwo zmieniło zdanie, tyle tylko, że tym razem na odwrót: synuś popierał żonę, a córeczka mnie!

Podzielili się też wszyscy nasi przyjaciele i znajomi. Jedni stanęli za mną murem, podczas gdy inni poparli moją wiarołomną małżonkę. Każda próba interwencji – wypływająca nader często z dobrego serca – wcześniej czy później kończyła się kłótnią i kolejnymi, coraz bardziej ostrymi, podziałami. Mimo, iż coraz większe autorytety zaczęły zajmować się naszym konfliktem, jego rozwiązanie nie przybliżyło się ani o jotę. Cokolwiek by to nie znaczyło, i czymkolwiek nie byłaby owa... jota!

No bo co z tego, że poparli mnie i Paweł Arndt, i Zbyszek Dolata, i Krzysztof Ostrowski, i nawet Robert Gaweł, skoro Beata Tarczyńska stanęła po stronie małżonki?! Ponoć bardzo spodobało się Staroście, jak żona śpiewa i gwiżdże na palcach. Co z tego, że Paweł Arndt przeciągnął na moją stronę grubo ponad 400 posłów, kiedy Piotr Gruszczyński przekonał do racji małżonki prawie 100 byłych i obecnych senatorów?! Co z tego, że mam poparcie prezydenta, skoro żonę popiera premier?! A propos prezydenta i premiera, prawdziwy wyścig zacznie się dopiero wtedy, gdy... szpital opuści prezes!

Wracając jednak do naszego sporu, jutro ma wypowiedzieć się Jego Ekscelencja Franciszek. Bardzo jestem ciekawy, czy też zadzwoni osobiście, czy może zleci to Księdzu Prymasowi Polakowi, a ten ostatni – wiadomo – księdzu Jarosławowi Bogaczowi. No i czy ksiądz Jarek lubi mnie jeszcze na tyle, żeby „podkręcić” trochę ewentualnie niekorzystny dla mnie wyrok Papieża?! Jutro już się okaże.

A po co ja o tym wszystkim mówię/piszę – zapyta ktoś. Jak to po co? Bo na tym przede wszystkim polega moja dobra zmiana!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.