http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Marzec figlarzec...

Wyróżniony Marzec figlarzec...

Stało się. Czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy, no i się doczekaliśmy. Oto nadszedł marzec, a marzec to przecież nic innego, jak tylko obietnica rychłej wiosny. Wiosny, wiosneczki, wiosnuszki – bezapelacyjnie najpiękniejszej ze wszystkich pór roku. Szkoda tylko, że w Gnieźnie wiosenkę najbardziej się... czuje. Pierwszym i najbardziej rozpoznawalnym symptomem wiosny w Grodzie Lecha jest bowiem wydobywający się z kominów (zwłaszcza o poranku), charakterystyczny, żrąco – duszący, toksyczny dym. Bywa, że jest on wszechobecny, a powstaje w wyniku nagminnego spalania w piecach plastykowych butelek, kolorowych czasopism, niepotrzebnych rzeczy, śmieci itp. Ponoć na węglu można o tej porze roku sporo zaoszczędzić.


Zgromadzone nadwyżki finansowe można z kolei przeznaczyć na kulturę. Jak powszechnie wiadomo, życie kulturalne gnieźnian jest niezwykle obfite i urozmaicone, a ponieważ mieszkam w samym centrum naszego miasta, praktycznie codziennie (od wczesnej wiosny do późnej jesieni) mam okazję śledzić trudne powroty współmieszkańców do swoich domów, po wygaśnięciu oferty kulturalnej, czyli po zamknięciu ostatnich lokali. To zresztą drugi widoczny symptom nadchodzącej wiosny. Wiem, że pewnie jestem już nudny, a na pewno mało odkrywczy, ale wcześniej nocne „krzyki – ryki” na gnieźnieńskim deptaku można było usłyszeć tylko w weekendy, teraz już w zasadzie codziennie. No chyba, że pada deszcz, który – jak się okazuje – jest cichym sprzymierzeńcem zdesperowanych mieszkańców. Jak za dawnych czasów – siły przyrody w służbie człowieka! Wiosenna aktywność troglodytów oraz band wyrostków nie ogranicza się oczywiście tylko do centrum Gniezna. Ulubionych miejsc ich spotkań jest wiele i znają je aż nadto dobrze mieszkańcy wszystkich prawie dzielnic Pierwszej Stolicy Polski. Tylko stróże prawa i miejscy strażnicy jakby mniej o nich wiedzieli.

Drogowi piraci na ulicach miasta to kolejna oznaka kończącej się zimowej pory roku. W praktyce wygląda to tak, że przez pół godziny na ulicach Bolesława Chrobrego i Mieszka I słychać ryk silników i pisk opon, następnie jest pół godziny przerwy, po czym tymi samymi ulicami dostojnie przejeżdża pojazd służb porządkowych. Nie żebym miał coś przeciwko owym służbom, a wręcz przeciwnie. Ostatnio na przykład bardzo pozytywnie zaskoczył mnie patrol policji, który bezpardonowo „oczyścił” wjazd do Szkoły Muzycznej z łamiących prawo (i zdrowy rozsądek) intruzów pt. „panie, ja tylko na chwilkę, do apteki, dzieci chore”. Co, nudne? Wiem, ale ja przez ten zablokowany wjazd dzień w dzień tracę nerwy?!

W marcu zmieniają się także ludzie. Pewien mój znajomy udał się na emigrację, co prawda tylko wewnętrzną, ale zawsze. Kiedyś komentowaliśmy sobie na bieżąco wydarzenia polityczne, wyśmiewaliśmy głupotę na najróżniejszych szczeblach władzy, wspieraliśmy się nawzajem, kontrolowaliśmy się, czy nie daj Boże, jeszcze nie zwariowaliśmy. A teraz? Kompletna jazda bez trzymanki!
– Słyszałeś jakie premie wypłaciła sobie totalna władza?
– Yhy...
– Co sądzisz o tym, że kiedyś pośmiertnie dostawało się order, a teraz degradację?
– Yhy...
– Komu była potrzebna ta farsa z Frasybiukiem zakutym w kajdanki?
– Yhy...
– Wiesz, że w Warszawie policja pobiła gościa tylko za to, że krzyczał „Lech Wałęsa”?
– Yhy...

I tak od pewnego czasu wyglądają wszystkie nasze rozmowy. No, ręce po prostu opadają! Chociaż tak szczerze mówiąc, to taka wewnętrzna ucieczka jest nawet dosyć nęcąca, tyle tylko, że trudno ją wprowadzić w życie, trudno nabrać dystansu do rzeczywistości, trudno udawać, że jest się kimś innym.
    
Zresztą, jak tu emigrować, skoro ostatnimi czasy mam do zrobienia zdecydowanie więcej niż zawsze, a nie chce mi się bardziej niż zwykle, co zresztą również jest charakterystycznym, może nawet najbardziej, symptomem zbliżającej się wiosny.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.