http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpghttp://informacjelokalne.pl/images/banners/nbaner01.jpg

Targowisko Piłsudskiego

Wyróżniony Targowisko Piłsudskiego

Miasta – jak ludzie – rodzą się, rosną, dojrzewają, pięknieją, a nawet umierają. Ponieważ ich żywot trwa jednak znacznie dłużej niż życie człowieka, rzadko kiedy mamy okazję doświadczyć osobiście owego niesamowitego i strasznego zarazem zjawiska, jakim jest śmierć miasta. Wydaje się, że ostatnim człowiekiem, a właściwie „nadczłowiekiem”, który w tej części świata próbował wymazywać poszczególne miasta z map, był niejaki Adolf Hitler, ten sam – w co już naprawdę trudno uwierzyć, zważywszy choćby na to, co uczynił Warszawie i wielu innym polskim ośrodkom miejskim – do którego wznoszą po lasach modły polscy neofaszyści.


Jednym z widomych znaków wzrostu (czyli ich historii) miast są występujące w nich nazwy miejscowe. I tak, centralny rynek (często targ) oraz rozchodzące się promieniście z jego rogów ulice świadczą o średniowiecznym rodowodzie i lokacji na prawie – czy to się komuś podoba czy nie – magdeburskim. Nazwy ulic z kolei określają mieszkające przy nich społeczności: zawodowe (Szewska, Rzeźnicka, Stolarska, Młyńska, Sukienników itp.); narodowościowe (Żydowska, Ruska, Niemiecka, Olęderska itp.); wyznaniowe (Farna, Tumska, Franciszkańska, Ewangelicka, Rabinacka itp.) lub trakty wylotowe do najbliższych (lub dalszych) miejscowości (Poznańska, Kłeckoska, Dalkoska, Warszawska, Krakowskie Przedmieście itp.).

Od reguły tej jest oczywiście mnóstwo odstępstw i wyjątków, jako że każde miasto jest inne, każde z nich żyje swoim indywidualnym życiem, każde wreszcie ma swoich bohaterów i antybohaterów. A poza tym, niebagatelny wpływ na historię naszych miejscowości, wyrażającą się w miejscowym nazewnictwie, ma też historia powszechna (wspólni narodowi bohaterowie) oraz – niestety – polityka.

Z tym ostatnim działaniem na ogromną, niespotykaną dotąd skalę mieliśmy do czynienia tuż po wojnie, kiedy to „państwo socjalistyczne” odgórnie narzucało nam nowe nazwy nie tylko ulic (Armii Czerwonej, Walki Młodych, Janka Krasickiego) placów (Bohaterów Stalingradu, 21 Stycznia), zakładów pracy (Stocznia im. Lenina, Kopalnia im. 22 Lipca), ale i całych miast (Stalinogród). Nowi bohaterowie najczęściej nie mieli nic wspólnego z miejscami, którym patronowali i – szczerze mówiąc – bliżej było im do Moskwy, niż dajmy na to Warszawy, że o innych miejscowościach nie wspomnę.

Zasadnym więc wydaje się proces dekomunizacji nazw miejscowych i powrót – w miarę możliwości – do nazw pierwotnych. No właśnie, w miarę możliwości... Okazuje się bowiem, że to z pozoru proste zadanie, wcale nie jest takie łatwe w wykonaniu, ponieważ osoby decyzyjne – podobnie jak ich poprzednicy tuż po wojnie – ach, jakże głęboko drzemie w ludziach ten bolszewizm! – nie potrafią oprzeć się pokusie i zamiast przywracania nazw pierwotnych, znowu narzucają nam z góry „swoich” bohaterów.

Tym sposobem właśnie, gnieźnieński Plac 21 stycznia nie powróci do swojej dawnej nazwy – wywodzącej się od istniejącej tutaj jeszcze w średniowieczu podgnieźnieńskiej osady – Targowisko (nawiasem mówiąc, adekwatnej i do jego dzisiejszej funkcji), a przyjmie nazwę  Placu Józefa Piłsudskiego. Z całym szacunkiem dla Marszałka, po prostu szkoda! Tak samo zresztą, jak szkoda, że ulica Walki Młodych – dawno temu – nie wróciła do swojej poprzedniej nazwy (Szpitalna) pochodzącej od znajdującego się tam pierwszego w Gnieźnie szpitala (właściwie przytułku) i jednego z najstarszych w Wielkopolsce.

Mało tego, druga gnieźnieńska ofiara obecnej fali dekomunizacji, czyli Wincenty Pstrowski – a patrona tego żegnamy chyba bez większego żalu – miała z Pierwszą Stolicą Polski dokładnie tyle samo wspólnego, co zastępujący ją gen. Leopold Okulicki. A przecież na upamiętnienie najpodlejszą chociażby ulicą ciągle jeszcze czekają wielcy gnieźnianie, jak choćby: abp. Jarosław Bogoria Skotnicki, Bolesław Kasprowicz, Wojciech Podlaszewski czy też zmarły niedawno w wieku 101 lat (sic!) Henryk Musiałowicz. Gdyby natomiast się okazało, że w Grodzie Lecha powstało mnóstwo nowych ulic, odsyłam decydentów do publikacji Dawida Junga „Zapomniani Gnieźnianie”.

3 komentarzy

  • czytelnik
    czytelnik czwartek, 08, luty 2018 14:19 Link do komentarza Raportuj

    Panie Zbyszku, dziękuję za trop "Zapomnianych Gnieźnian" Dawida Junga, ale obawiam się, że nasi decydenci są zbyt zaściankowi i nie skorzystają. Zresztą, Soberski, Borowiak, Panowicz, Szczepaniak i inni, gdybyśmy mieli sensownych włodarzy, korzystano by z ich ciężkiej pracy badawczej, uhonorowano by sensowne postaci z przeszłości naszego miasta i okolic, a tak mamy zacietrzewienie i widzimisię, pogratulować wydziałom kultury i promocji... A ponoć miała powstać jakaś Społeczna Komisja ds nazewnictwa i co? I lipa! A nie, będą króliki, symbol lokalnej dumy. Żenujące.

  • jajakoja
    jajakoja poniedziałek, 05, luty 2018 13:17 Link do komentarza Raportuj

    Panie Zbyszku, ja wiem, że Pan jesteś człowiekiem łagodnym i wyrozumiałym, i dlatego napisałeś Pan, że tam w tych lasach to brykają sobie "neofaszyści". A dlaczego niby "neo"? Toż to prawdziwi faszyści są, z krwi i kości. Wystarczy zastosować kategoryzację wykonaną nie tak znów dawno temu przez Umberto Eco, włoskiego językoznawcę i pisarza. Wg Eco cechy faszyzmu to: kult tradycji; odrzucenie modernizmu; działanie dla działania; uznawanie niezgody za zdradę; obawa przed odmiennościami; indywidualna lub społeczna frustracja; obsesja spisku; uznawanie wrogów jednocześnie za bardzo silnych i bardzo słabych; uznawanie pacyfizmu za zły, a życia za ciągłą walkę; pogarda dla słabszych; wychowywanie każdego obywatela na bohatera; machismo; populizm jakościowy; posługiwanie się nowomową. Eco uważał, że prafaszyzm jest wciąż wokół nas, choć starannie ukryty. Ostrzega, że może w każdej chwili znów wyjść na światło dnia. Dlatego też nie można zapomnieć o przeszłości i bacznie obserwować teraźniejszość.

    Nie można np. zapominać, że w Niemczech po dojściu Hitlera do władzy zmieniano nie tylko nazwy ulic i placów w miastach, ale także nazwy miast i wsi (jak w Rosji Sowieckiej z Królewca zrobiono Kaliningrad, a w Polsce z Katowic Stalinogród). Po II wojnie polska komisja nazewnicza, złożona z najwyższej klasy językoznawców, z mozołem odtwarzała na zachodzie Polski - zwykle słowiańskie - stare nazwy, spolszczając je i nadając polskie wersje nazwom z rodowodem niemieckim, w tym tym, które zmieniano za Hitlera na jeszcze bardziej niemieckie.
    Ciekawostką jest to, że z myślą o przesiedleńcach ze wschodu pierwszą instytucją prowadzącą prace onomastyczne była PKP w Poznaniu; dworce i stacje kolejowe musiały na przyjazd wysiedlonych Polaków mieć polskie nazwy, także ze względów psychologicznych. Robili to językoznawcy, urzędnicy i kolejarze, robiono to uczciwie, na podstawie badań archiwalnych oraz terenowych (np. księgi parafialne).
    "Jednocześnie często funkcjonowały liczne nazwy lokalne, nadawane przez miejscową ludność, będące z reguły dosłownym tłumaczeniem nazw niemieckich. Ludność traktowała bowiem nazwy miejscowości jak swoją własność, uważając jednocześnie, że może je swobodnie
    zmieniać. Warto dodać, iż wszelkie tego typu nazwy nie zanikły od razu po wprowadzeniu oficjalnego nazewnictwa i niejednokrotnie funkcjonowały jeszcze przez długi czas, zwłaszcza w świadomości lokalnych mieszkańców (...) Sekcja Onomastyczna Instytutu Zachodniego w Poznaniu ściśle współpracowała zarówno z władzami administracji centralnej (Ministerstwo Administracji Publicznej, Ministerstwo Ziem Odzyskanych), instytucjami państwowymi (dyrekcje kolei, poczt, żeglugi itp.), jak i urzędami administracji lokalnej. Pełniła ona również funkcję punktu informacyjnego, w którym zainteresowane urzędy, prasa czy osoby prywatne mogły się więcej dowiedzieć na temat trybu ustalania nazw, ich pochodzenia czy poprawności form. Ponadto sporządzano wykazy nazw i odpisy kartotek. Ważną rolą sekcji było też występowanie w roli opiniodawcy czy mediatora w przypadku różnic zdań, jakie pojawiały się między poszczególnymi organami władzy w kwestii poprawności nazw." - D. Utracki: Problematyka nazewnicza na Ziemiach Zachodnich. Instytut Historii, Uniwersytet Zielonogórski.

    Przed II wojną podobne problemy Polska też musiała załatwiać, aby scalić ze sobą trzy dawne zabory, i miała do tego instytucję utworzoną rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 24 października 1934 r., była to Komisja Ustalania Nazw Miejscowości przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Ten przepis był stosowany w 1945 r. i później.

    W trakcie obecnej rewolucji onomastycznej, zgodnie z założeniami aktualnej polityki historycznej, rewolucji kulturalnej i kultury rewolucyjnej, robią to radni albo wojewoda. Niech Bóg ich prowadzi ku Targowisku! A Pstrowski? Lud z dętą propagandą rozprawił się krótko: ""Wincenty Pstrowski, górnik ubogi, przekroczył normę, wyciągnął nogi"... Czytaj więcej na http://nowahistoria.interia.pl/prl/news-wincenty-pstrowski-smierc-rebacza-dolowego,nId,1072294#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox.
    Piszą, że te jego kłopoty ze zdrowiem przyczyniły się do postępów w leczeniu białaczki. Ja bym ul. Pstrowskiego zostawił na pamiątkę czasów, jako symbol. Żaden Engels ani Bierut z niego nie był. Prosty człowiek, robotnik, jedyne co potrafił, to ciężko pracować. Wykorzystano jego żarliwą spontaniczność do celów politycznych, aby usprawiedliwić systemowe niewolnictwo. On był wykorzystywany przez różnych Sobieralskich.

  • Leszek
    Leszek czwartek, 01, luty 2018 10:42 Link do komentarza Raportuj

    Niestety zawiodła chyba komunikacja z mieszkańcami, czy to "Targowiska" (bardzo dobra nazwa!), czy innych uli, stojących w kolejce do zmiany nazwy. Czy za kilka lat nie będziemy odkręcać nazwy Plac Piłsudskiego? Dobrze, że takiego problemu nie mają mieszkańcy ulic: Słoneczna, Strumykowa, Malinowa itp. Wydają się poprawne politycznie... :)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.