http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Min. Szyszko to nie moja ciotka, ale…

Wyróżniony Min. Szyszko to nie moja ciotka, ale…

Prawem i przywilejem obywatela wolnego kraju jest to, że może on publicznie i bezkarnie wyrażać swoje poglądy, jeżeli tylko w sposób rażący i nie budzący wątpliwości nie przekracza tym  podstawowych praw innych ludzi, oraz nie propaguje skompromitowanych przez historię systemów politycznych. Mam nadzieję, a raczej pewność, że temat który podejmuję, do zakazanych nie należy, chociaż na pewno nie wszystkim się spodoba.


Moja ś. p. mama przy wielu okazjach lubiła przytaczać stare przysłowie ludowe, które brzmi: Co głowa, to rozum. Rzecz w tym, że niedawno mój kolega Tadzio zauważył, że pełne brzmienie tej starej sentencji składa się podobno z jeszcze jednego członu, który mówi: Co d… to smród! Cóż, może i moja matula nie wypowiadała powiedzonka w oryginalnym i pełnym brzmieniu przez delikatność. Bardzo możliwe.

Pora, aby samemu złożyć jasną deklarację, że moje przekonania wyrażone w tym co piszę, nie są inspirowane nikim i niczym oprócz tego, co generuje mój własny mózg, a co w poruszonej poniżej kwestii, syntetycznie przedstawia tytuł tego artykułu. W Puszczy Białowieskiej nigdy nie byłem, więc awansem plus dla tych, którzy byli i widzieli, z drugiej strony „błogosławieni ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli” Rzecz w tym, że od czasów Chrystusa coś się zmieniło i wcale nie trzeba gdzieś być, aby zobaczyć i to nawet więcej od tych, którzy gdzieś byli i wyrobili sobie pogląd z pozycji mrówki. Tutaj przytoczę bardzo adekwatny przykład z dobrze mi znanego podwórka – Rezerwatu Bielawy, który leży omal w zasięgu mojego wzroku. Jeszcze parę lat temu, turysta który skuszony informacją o gnieździe hajstry, lub też chcący pooddychać powietrzem „prawdziwego lasu” zagłębił się w jego komysze, mógł swobodnie się przemieszczać pośród dorodnych dębów i podziwiać ich urodę z pozycji ludzkiej mrówki właśnie. Gdyby jednak był ptakiem, albo gdyby mu się chciało spojrzeć na korony tych  na oko dwustuletnich dębów, to pewnie by się zaniepokoił tym, ze większość tych olbrzymów, to żywe trupy, istne zombi, które owszem stoją, ale już nie żyją. Gdyby zaś ten sam turysta zaryzykował wizytę w tym samym miejscu dzisiaj, to po pierwsze miałby ogromne kłopoty z pokonaniem gnijącego rumowiska, a po drugie bardzo by ryzykował życiem, bo w każdej chwili coś mu może spaść nie tylko na głowę. Zapewniam, że sam miałem okazję słyszeć efekty upadku takiego giganta i z przykrością stwierdzam, że jest to doświadczenie bardzo smutne i przygnębiające.

Ja rozumiem, że w  imię jakiejś idei fix, można sobie pozwolić na ustanowienie jakiejś wydzielonej strefy lasu, aby trwała ona w „stanie naturalnym”, rzecz tylko w tym, że naturalne to już nie jest dzisiaj nic, ale nie będę rozwijał myśli, bo bym musiał napisać osobny felieton. Naturalnie stan na dzień dzisiejszy jest taki, że ten „naturalny las” naturalnie umiera i gnije, stając się przy tym wylęgarnią wszelkiego robactwa, z którym leśnicy walczą tuż za jego granicą, która  oczywiście dla tych pasożytów w ogóle nie istnieje. Mądrości akademickiej nie kwestionuję, ale  filozofia o samo leczeniu się organizmu zobligowana jedynie czasem w jakim się to stanie, mnie jakoś nie przekonuje z wielu względów, a podstawowy to ten, że tak rządziła się Natura wtedy, gdy była naturalna. Idiotyczne? Jak dla kogo. Kiedyś, to i ludzie żyli i leczyli się naturalnie, dzisiaj  do znachora to idą tylko, no, mniejsza o definicję…

Osobnym zagadnieniem pozostaje aspekt ekonomiczny każdego działania. Ja wiem, że dla nawiedzonych pięknoduchów on wcale nie istnieje, ale tylko w kwestii deklaracji, bo ci wszyscy zieloni przebierańcy, wcale nie żyją świeżym powietrzem i nie chodzą nago. (w skórach też nie, bo to wprawdzie ekologicznie, ale zakazane) Skracając temat powiem tak. W telewizji pokazali starszą kobietę, mieszkankę Puszczy Białowieskiej, która wyraziła się jasno i jednoznacznie o tym całym wariactwie, jej wypowiedź przytaczam tutaj z pamięci: Kiedyś, to każdy leśniczy miał gajowego zwanego kornikarzem, czyli takiego speca od wykrywania zagrożeń ze strony tego owada. Człowiek ów chodził po lesie i znakował zagrożone inwazją tego szkodnika drzewa, które były sukcesywnie i niezauważalnie dla samej puszczy usuwane. Dzisiaj postawiono na samo leczenie i póki co, to mamy epidemię zwaną gradacją, która naturalnie wygaśnie wtedy, gdy już nie będzie żadnego drzewa do pożarcia. Darz bór wszystkim ekologom, a gdy dopadnie was jakaś choroba, to nie do lekarza, tylko stawiajcie na samowyleczenie, albo przeżyjecie, albo padniecie, ale będzie przynajmniej naturalnie.

Wesołych Świąt!
Więcej w tej kategorii: « Gwiazdka 2017 Na ten Nowy Rok »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.