http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Gwiazdka 2017

Wyróżniony Gwiazdka 2017

Za 3 dni wigilia Bożego Narodzenia. Czy to się nam podoba czy nie, musimy przywyknąć do jesienno – wiosennych (bezśnieżnych i bezmroźnych) świąt. A przecież co jak co, ale śnieg i mróz akurat w te szczególne dni, bardzo by się przydał. Ba, przychodzi nam też  godzić się z wieloma innymi rzeczami, powodującymi, że dzisiejsze święta znacznie różnią się od tych z dzieciństwa. Ot, weźmy chociażby taką globalizację czy komercjalizację, która sprawia, że łatwiej dzisiaj o coca – colę czy hamburgera niż sianko pod obrus na wigilijnym stole. A czemu niby mają służyć pasterki odprawiane o godz. 22.00? Pewnie naszej wygodzie. A jeżeli tak, to równie dobrze  można i ją odprawić w pierwszym tygodniu grudnia, kiedy wszyscy mają więcej czasu, a ciśnienie przedświąteczne jest zdecydowanie mniejsze.


A propos przedświątecznej nerwówki, Gniezno – jak co roku zresztą – jest przed samymi świętami tak zakorkowane, że przejazd przez miasto (oczywiście w zależności od tego skąd i dokąd się jedzie) trwa niekiedy nawet ponad godzinę. Mało tego, prawdziwą zmorą ulic stali się „niedzielni”, by nie powiedzieć „przedświąteczni” kierowcy, którzy nagle – wszyscy naraz – wyjechali w miasto. Doszło do tego, że aby się dodatkowo nie stresować, postanowiłem zostawić swoje auto w garażu i skorzystać z komunikacji miejskiej.
    
Skorzystać, jak to łatwo powiedzieć. Latami nie jeździłem autobusami MPK, nie wiedziałem nic: ile kosztuje bilet, na jakiej zasadzie bilety działają, czy są jeszcze karnety (jak w czasie studiów w Poznaniu) czy może już tylko bilety czasowe, nie wiedziałem też ani gdzie się bilet kupuje (kiedyś była ratunkowa opcja „u kierowcy”), ani gdzie się go kasuje. Stresowałem się jak cholera, ale... pomogli dobrzy ludzie.
    
Gruntownie przeszkolony, aczkolwiek ciągle jeszcze nieco podekscytowany, na przystanku przy ulicy Prymasa M. Łubieńskiego wsiadłem do autobusu komunikacji miejskiej.  W prawej kieszeni kurtki spoczywał ważny bilet, w lewej kieszeni miałem bilet powrotny, a w portfelu –  w razie czego – miałem jeszcze jeden (zapasowy). Mój Boże, jakie to łatwe, byłem królem autobusu!
    
Zaraz po wejściu – zgodnie z instrukcją otrzymaną od przyjaciół – skasowałem swój bilet. Dobrą chwilę rozglądałem się po wnętrzu pojazdu, próbując przywyknąć do nowych/starych okoliczności, a kiedy już ochłonąłem (nikt na mnie nie patrzył, nikt nie obdarzał mnie jakimś szczególnym zainteresowaniem, więc najprawdopodobniej nikt nie wiedział, że po raz pierwszy od jakichś dwudziestu paru lat, jadę autobusem komunikacji miejskiej), postanowiłem zająć miejsce.
    
Usiąść, jak to łatwo powiedzieć. Ale gdzie? Odruchowo zacząłem szukać wskazówek, ale żadnych napisów nie było. Nie żebym się spodziewał szyldów typu „Nur für Polen”, nic z tych rzeczy! Po prostu odruchowo, intuicyjnie poniekąd, zacząłem szukać miejsc dla Polaków pierwszego, drugiego oraz najgorszego sortu. Nie miałem bowiem najmniejszego zamiaru siedzieć tam, gdzie stali oni (zwłaszcza, że wcale tam nie stali, tylko teraz mówią, że stali, chociaż siedzieli w ciepełku lub grzali się pod kołderką), a już w ogóle nie miałem zamiaru, ani ochoty siedzieć tam, gdzie stało/siedziało ZOMO.
    
Co robić? W autobusie było co prawda kilka wolnych pojedynczych miejsc, więc mógłbym bez problemu dosiąść się do kogoś, ale skąd mogę wiedzieć, do kogo się przysiadam?! A przecież nie chciałbym siedzieć razem z człowiekiem najgorszego sortu, co to we krwi i w genach ma tylko fatalną tradycję Targowicy, a jego przodek być może był szmalcownikiem lub donosicielem gestapo! Natomiast usiąść koło potomka żołnierza wyklętego, o, to już byłoby coś!
    
Znaleźć potomka wyklętego, NSZ-owca czy AK-owca, jak to łatwo powiedzieć. Stałem więc na środku autobusu, rozglądałem się bezradnie, a w środku (we mnie) rozgrywała się prawdziwa wojna, burza, wewnętrzna tragedia. Czarna rozpacz zaczynała mnie ogarniać, gdy wtem – jakoś tak na zakręcie – na jednym z siedzeń zobaczyłem uśmiechającą się do mnie zapraszająco – życzliwą twarz. Iza – poznałem ją od razu – moja była uczennica, a dzisiaj koleżanka, bardzo sympatyczna osoba, która zawsze stała w tym samym miejscu, a dokładnie przy łóżkach chorych, bo jest pielęgniarką.
    
Nie wiesz gdzie usiąść – wypaliła bezceremonialnie, ni to pytając, ni to stwierdzając – ja w takich sytuacjach zawsze siadam na taborecie – kontynuowała – a wiesz dlaczego? Bo nie mogę się oprzeć!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.