„Najgłupsza wojna nowoczesnej Europy”

Wyróżniony „Najgłupsza wojna nowoczesnej Europy”

Myślę, że starsi Czytelnicy tego artykułu bez trudu odgadną, że tytuł jest parafrazą nazwy serialu  TVP o walce Wielkopolan z Germanizacją. Mój tytuł od oryginału różni tylko jedno słowo – zamieniłem najdłuższa na najgłupsza, a gwoli prawdy, to nie ja jestem autorem tej metamorfozy. Tak swego czasu nazywali Polacy wprowadzony 13 grudnia 1981 Stan Wojenny.


Aż wierzyć się nie chce, ze od tamtego czasu upłynęło już 36 wiosen i zim i chociaż mój kolega mawiał: mnie tam na życiu nie zależy, ja mogę żyć nawet pięćset lat! To prawda jest taka, że wielu ludzi którzy tutaj zaglądają, nie przeżyło nawet tego i chociaż o wydarzeniach i realiach tamtej doby pisałem już nie raz, a na tą niedzielę miałem już przygotowany zupełnie inny materiał, to raz jeszcze chcę powrócić do czasu, gdy nie byłem co prawda piękny, ale miałem tylko 33 lata i cieszyłem się dobrym zdrowiem.

Stan Wojenny zastał mnie w zupełnie nie typowych okolicznościach, a potem były chwile co prawda nie koniecznie z nim powiązane, ale takie, których doświadczyło nie wielu, a na wspomnienie których, oczy zachodzą mi wilgocią, bo nie o mnie samego chodziło…

Jest rzeczą oczywistą to, że opisując historie tego zwariowanego czasu, będę się starał maksymalnie ograniczać rozmaite szczegóły, aby nikogo nie zanudzić i nie stworzyć przegadanego gniota.

Otóż w tamtym czasie mieszkałem w Gminie Niechanowo, a konkretnie to w wiosce Grotkowo, która była po części wioską sołecką, ale zasadniczym jej członem było Państwowe Gospodarstwo Rolne wchodzące w skład Kombinatu Żydowo. Pomimo tego, że usytuowana tam ferma hodowlana była sztandarową perełką sławetnego Kombinatu, to cała  wieś posiadała tylko jeden telefon na korbkę (o komórkach nikt wtedy nawet nie marzył) Ja zaś mieszkałem niby jakiś dziedzic w miejscowym „pałacu” i zajmowałem tam całe pierwsze piętro a od dziesięciu lat polowałem, będąc członkiem Koła łowieckiego NR. 65 w Czerniejewie. Jak raz na 13 grudnia mieliśmy zaplanowane polowanie zbiorowe w lesie, a ponieważ była wtedy sroga zima, to już dwunastego, czyli w sobotę wybrałem się uzbrojony w dwie sztuki broni do rodziców w Czerniejewie, gdzie zamierzałem przenocować aby rano stawić się na zbiórkę. Tutaj wypada dodać, że samochody były wtedy dobrem rzadkim, a ja poruszałem się wtedy motorowerem marki Romet, jako że czasy gdy szalałem Jawą 250 i innymi Junakami już przeminęły.

Na zbiórkę nie wszyscy dotarli bo wnet się okazało, że właśnie wybuchła jakaś tam wojna i powinniśmy wszyscy się rozbroić, oddając broń na posterunek milicji, właściwy miejscu zamieszkania. Ja miałem do niego jakieś dwadzieścia kilometrów i wcale mi się tam nie śpieszyło tym bardziej, że dotarcie tutaj kosztowało mnie wiele wysiłku i zachodu, a wojna o której marzyłem dotyczyła raczej lasu, a nie żadnej tam polityki. Zdania w tej kwestii były podzielone, bo niektórzy koledzy byli członkami nie tylko P.Z.Ł. Zwyciężyła jednak demokracja i polowaliśmy do samego wieczoru, a w polowaniu nie przeszkodzili nam nawet żołnierze, którzy wpadli do nas z wizytą i odjechali nie ingerując w to, co zgodnie z zatwierdzonym planem realizowaliśmy. Drugie spotkanie z wojną nastąpiło po powrocie z polowania. Do miasta wróciliśmy ciągnikiem, siedząc na balotach słomy. Rozładunek nastąpił przed bramą pałacu, skąd do domu rodziców miałem kilometr wędrówki piechotą. Na ramionach niosłem automat śrutowy oraz dryling bez futerałów, bo nasz obwód łowiecki zaczynał się tuż za miastem. Na rozwidleniu dróg, tuż przed kościołem, stał samotny i zmarznięty żołnierz zaopatrzony w chorągiewkę do regulacji ruchu, oraz pistolet maszynowy Rak w brezentowej kaburze przytroczonej do nogi. Zapytany o to co on tutaj robi odpowiedział, że taki ma rozkaz, więc sumiennie marznie i czeka, aż go stąd zabiorą. Zrozumiałem, że jakaś wojna rzeczywiście wybuchła i mój wyjazd do domu należy odłożyć do jutra, gdy chociaż zrobi się widno.

Rano wyruszyłem w kierunku domu, a następnie udałem się do Niechanowa oddać broń, którą zatrzymano mnie prawie na rok. Polowali już moi koledzy i dwaj bracia, a ja już pogodziłem się z tym, że moja przygoda z łowiectwem dobiegła końca i za poręczeniem mojego szwagra, zostałem kandydatem na wędkarza, uzyskując legitymację aspiranta PZW. Kupiłem nawet wędkę z bambusa i inne pierdoły potrzebne rybakowi. Myślę, że powodem moich kłopotów było to, że jako jedyny z zespołu 7 folwarków wchodzących w skład podlegających Żydowu gospodarstwa Malczewo, wstąpiłem do Solidarności i jeździłem na zebrania w Żydowie i adekwatnie do swoich przekonań,  wypowiadałem się na tematy polityczne przy każdej okazji. Oczywiście nie miałem też stosownej legitymacji i chociaż milicja spała, to ORMO czuwało i tak to się musiało skończyć. Na tym chciałbym zakończyć część kabaretową „mojego” stanu wojennego i przejść do traumatycznych wydarzeń, które mnie wkrótce  dopadły.

Otóż każdemu pracownikowi PGR mieszkającemu w lokalu służbowym, przysługiwało pomieszczenie gospodarcze, czyli popularny chlewik. Ponieważ jednak moje mieszkanie nie było typowe dlatego, że przedtem mieściła się tam stołówka zakładowa, to przypisanego mu chlewika nie posiadało.

Ja nie miałem żadnych doświadczeń z hodowlą „gadów” a moja żona tym bardziej, bo pochodziła z Gniezna. Z  drugiej strony korzystanie z takiego „patyka” było wkalkulowane w warunki życia na wsi i pomagało w utrzymaniu rodziny. Zabiegałem więc o zbudowanie mi takiego chlewika, aby wyhodować sobie świnkę, utrzymać parę kurek i kaczek na obiad. Trwało kilka lat, gdy chlewik mi zbudowano a brat przywiózł mi małą świnkę kupioną na targu w Gnieźnie. Żona karmiła ją prawie jak dziecko, a wieprzek rósł jak na drożdżach. Nigdy na nic nie chorował i uwielbiał,  gdy go się drapał za uchem, aż w końcu nadszedł czas, żeby spotkał go nieunikniony los. Ja zabijałem nie tylko dziki ale i wiele innych stworzeń, ale przy mordowaniu swojej świnki, być nie chciałem. Na miejsce kaźni przyszedłem dopiero wtedy, kiedy nieborak zawisł już na szubienicy i był poddawany stosownym zabiegom rzeźnika, zmierzającym do przemiany tuszy we wszelkiego rodzaju przetwory. Tutaj pojawił się problem zbadania mięsa na obecność włośni, bez którego ja sobie nie wyobrażałem dalszej procedury. Naturalnie, takiego badania nie dało się zrobić na miejscu, a perspektywa udania się z próbką chociażby do Czerniejewa, wydawała się trochę kłopotliwa. W tym celu udałem się do sąsiada, którego brat był weterynarzem a nawet  kierownikiem takiej placówki w Żydowie. Prywatnie zaś był on codziennym gościem swego brata, który mieszkał pode mną. Tak jak się spodziewałem, sąsiad powiedział, że nie ma sprawy.

Próbkę do badania lekarz pobrał osobiście, bo to co przygotował rzeźnik, nie spełniało oczekiwań pana doktora. Był piątek. W sobotę bawiłem się przed domem z dziećmi, gdy minął mnie mały fiat weterynarza. W tym czasie rzeźnik zamieniał moją świnkę w kiełbasy, salcesony i inne wyroby wędliniarskie, a żona topiła słoninę na smalec. Tak minął świniobicia dzień drugi. Tutaj muszę dodać, że po uwędzeniu okazałych kiełbas, wsiadłem na motorek i ze dwa pęta tego rarytasu zawiozłem bratu z Żydowa. Brata odwiedził szwagier, więc dokonano konsumpcji, kiełbasa była ponoć bardzo smaczna. Sam nie jestem mięsożercą, więc na nic się nie rzuciłem, ale moje dzieci owszem coś tam zjadły.

Rano, kiedy jeszcze spałem, ktoś dobijał się do mojego mieszkania, była niedziela, czyli dzień trzeci. Kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem pana weterynarza i zaraz zrozumiałem, ze nie jest dobrze…  Jedliście to mięso?! Przyznaję, że w pierwszej chwili nie czaiłem o co jemu chodzi. Następnie usłyszałem aby wszyscy pozostali w domu, a on zaraz tutaj przyjedzie z innymi ludźmi. Jakoś przed południem zjawił się z nim znany mi lekarz medycyny z Żydowa,  oraz kierownik wydziału weterynarii z Gniezna. Zaczął się najgorszy w moim życiu horror. Panowie poprosili, aby odstawić dzieci (było ich troje) i oświadczyli nam, że nasza  świnia była zakażona trychinami i że zwykle spożycie takiego mięsa… kończy się kaplicą. Owszem, jakimś, aczkolwiek nie pewnym wyjściem jest zalanie choroby gorzałą. Macie wódkę? Nie, nie mamy, ale coś się zorganizuje. Otrzymaliśmy też w prezencie parę opakowań Laxigenu. Do dzisiaj pamiętam, jak usiłowałem (z polecenia lekarzy!) napoić swoje maleńkie dzieci alkoholem, którego one nie chciały za nic pić. Moim argumentem było: pij bo umrzesz. Jeżeli komuś jest teraz do śmiechu, to mu gratuluję, Tak więc wszyscy upiliśmy się dla zdrowia i zażyliśmy leku na s… Teraz - zgodnie z poleceniem lekarskiego konsylium, mieliśmy czekać na transport do szpitala. Po południu przyjechała „Nyska” z Żydowa i wszyscy udaliśmy się do Poznania na Oddział Parazytologii szpitala przy ulicy Przybyszewskiego. Skierowano nas wprost na oddział, gdzie przyjęła nas starsza pani profesor. Pamiętam, że nadrabiając miną przeprosiłem panią doktor za stan w jakim się znajduję, ale wyjaśniłem, że wszystko to z polecenia lekarzy. Pani doktor nie mogła wyjść ze zdumienia i obchodziła się z nami bardzo taktownie i grzecznie. Szpital poprosił o dostarczenie próbki mięsa do zbadania przez własne laboratorium, co się jakimś cudem udało, bo cała świnia trafiła do pieca co, który ogrzewał nasz dom. Po jakimś czasie doszły mnie słuchy, że powodem całej awantury wcale nie była moja chora świnia, tylko dzik którego najwidoczniej zabiłem z procy, bo broni przecież pilnowali milicjanci.
Więcej w tej kategorii: « Przedświątecznie... Gwiazdka 2017 »

11 komentarzy

  • Szczepan
    Szczepan czwartek, 21, grudzień 2017 12:01 Link do komentarza Raportuj

    Drogi "Czytelniku" Rozumiem, że piszesz o mnie i nie przeczę, że można i tak, ale jeżeli naprawdę uważasz mnie za nieodpowiedzialnego idiotę, to bardzo mi przykro, Czy uważasz, że lekarz który osobiście pobrał próbkę mięsa do zbadania, mógł tak pokpić sprawę? Otóż ktoś mnie tutaj oskarżył o to, że za bardzo wnikam w szczegóły, ale w tej sytuacji pozwolę sobie go zlekceważyć i wyjaśnić, jak to się stało. Pan doktor pobrał próbkę w piątek po południu i położył ją na lodówce w domu swego brata, a mojego sąsiada. Mięso przeleżało tam całą sobotę (kiedy on mijał mnie samochodem koło naszego domu) ale do badania doszło dopiero w nocy z soboty na niedzielę. Potem on jeszcze upewniał się u kolegi, czy to co widzi jest prawdą, a potem dopiero wszczął alarm. Ktoś kto widzi tutaj moją winę, powinien to dobrze rozważyć. Ja sam winy nie czuję, bo mięso do badania dałem, a lekarz, to nie kolega do bąka. Ja też podejmując się czegoś, biorę za to pełną odpowiedzialność. Pozdrawiam Pana.
    Szczepan Kropaczewski

  • Szczepan
    Szczepan czwartek, 21, grudzień 2017 09:19 Link do komentarza Raportuj

    Panie Cichy. Rozumiem, ze uważa się Pan za krytyka literackiego, ale to nie ten adres. Jeżeli zaś chodzi o nasz konkret, to inni komentatorzy nie podzielili pańskiego zdania, poza tym trudno, żeby wszystkim podobało się wszystko. Pan nie czytał artykułu, albo też pisze Pan bzdury na podstawie własnych urojeń. Nikt normalny przecież nie powie, że moje wspomnienie Stanu Wojennego jest opisem całego mojego życia, co za bezsensowny bełkot! Oczywiście anonimowo, to można każdego nazwać wielbłądem, ja nazwę Pana tajnym bajkopisarzem, bo to co Pan tutaj spłodził, z prawdą nie ma nic wspólnego.

  • Czytelnik
    Czytelnik środa, 20, grudzień 2017 22:35 Link do komentarza Raportuj

    Nieodpowiedzialni rodzice dali nieprzebadane mięso do jedzenia. W obecnym czasie sprawa trafiłaby do sądu rodzinnego. Dobrze, że to było za komuny. Oj nie odpowiedzialni rodzice.

  • Cichy obserwator
    Cichy obserwator środa, 20, grudzień 2017 20:53 Link do komentarza Raportuj

    Rozumiem, że nie ma Pan talentu pisarskiego , nie musi Pan jednak opisywać całego swego życia, nikogo to nie obchodzi. Radzę Panu pisać zwięźlej ,może wtedy komuś zachce się to czytać i komentować.

  • Szczepan
    Szczepan poniedziałek, 18, grudzień 2017 18:47 Link do komentarza Raportuj

    Panie Rafale. To, czego bardzo nie pragnę, to podejrzenie o niezdrową ciekawość, ale jako realizator dość grubej książki składającej się ze wspomnień ludzi wiem, jak one są cenne i jak skończą, kiedy się ich nie spisze. Zachęcam więc Pana do napisania takiego materiału i opublikowanie go, chociażby tutaj. Zastrzegam, że niczego z red..Soberskim nie uzgadniałem, ale nie sądzę, żeby był to jakiś problem. Regularne pisanie nie jest łatwe, ale opisanie jakiejś ciekawej historii, może być ciekawą przygodą i gorąco Pana do tego zachęcam.
    Pozdrawiam i dziękuję za miłe słowo. Sz. Kropaczewski

  • Rafał S
    Rafał S poniedziałek, 18, grudzień 2017 15:31 Link do komentarza Raportuj

    Mam trochę inne wspomnienia z tego dnia, ale podobnie "dziwne". Miło było dowiedzieć się, że nie tylko ja inaczej wspominam 13 grudnia, niż cała PISowska zgraja. Dziękuję, za ten artykuł

  • Obserwator
    Obserwator poniedziałek, 18, grudzień 2017 09:44 Link do komentarza Raportuj

    Panie Szczepanie ludzie są leniwi i nie chce się im komentować, tak jak nie chce im się robić wiele innych rzeczy. Widać to po aktywności obywatelskiej która jest zerowa. I tyle w temacie.

  • Szczepan
    Szczepan poniedziałek, 18, grudzień 2017 08:26 Link do komentarza Raportuj

    Szanowni Państwo! nie ukrywam, że najbardziej mnie cieszy to, że zechcieliście się odnieść do mojego artykułu. Ja nie wiem z czego to wynika, ale już przywykłem do tego, że Czytelnicy IL.pl mają wszystko w dużym poważaniu, czyli że nie obchodzi ich nic. Owszem, nie każdy temat jest ekscytujący, ale tak czy siak dziwne jest to, że na kilkaset, a nawet tysiąc wejść z hakiem, nie znajdzie się nikt kto uzna, ze to co autor napisał, jest głupie czy też mądre, bez rozbierania sprawy na czynniki. Odnosząc się zaś do meritum tego felietonu stwierdzam, że najgorsze wspomnienia to zachowałem z tej "świńskiej" afery, a konkretnie to do dzisiaj mnie trzęsie postawa ludzi odpowiedzialnych za nasze zdrowie. Apeluję o większą aktywność komentatorów naszej działki, bo ona w końcu straci sens swojego istnienia. Pozdrawiam tych, którym się chce.
    Szczepan Kropaczewski

  • Maria R.
    Maria R. niedziela, 17, grudzień 2017 23:41 Link do komentarza Raportuj

    Panie Szczepanie, jak będzie dalej taka edukacja w szkołach, to za kilka lat okaże się, że stan wojenny to było "wielkie, patriotyczne wydarzenie" i do tego - jak mawia jeden pułkownik bardzo "kulturalne".

  • Mariusz Mikołajczyk
    Mariusz Mikołajczyk niedziela, 17, grudzień 2017 22:24 Link do komentarza Raportuj

    KIEDY WRESZCIE ZOSTANĄ ROZLICZENI I UKARANI SPRAWCY TEGO ZAMACH STANU? CHYBA NIGDY!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.