Logo
Wydrukuj tę stronę

Epizody wielkiej wojny – zdradziecki pakt z diabłem, czy też bohaterstwo?

Wyróżniony Epizody wielkiej wojny – zdradziecki pakt z diabłem, czy też bohaterstwo?

Każde wydarzenie historyczne, a tym bardziej takie, które trwało kilka lat, bez wątpienia składało się z wielu epizodów o rozmaitym kalibrze i znaczeniu. Zarówno miejsce jak i forma cyklu, nie aspirują jednak do poruszania tematów o najbardziej zasadniczym znaczeniu. Z uwagi na powyższe, mnie interesują tylko  sprawy w jakiś sposób powiązane z naszym regionem i do jednego z nich tutaj nawiążę.


Dla stałych czytelników portalu nie jest tajemnicą to, że urodziłem się i mieszkam w Czerniejewie, a jednym ze związanych z nim epizodów wielkiej wojny – ze względu na dramaturgię wydarzeń, jest moim zdaniem nadający się na scenariusz filmowy wątek wyzwolenia (jak zwał tak zwał) mojego miasteczka w 1945 roku, ale nie to będzie tematem dzisiejszej opowieści. Otóż realizując przedsięwzięcie zatytułowane Życie przemija, pamięć pozostaje, wszedłem w bliższą relację z wieloma ludźmi, z których dwoje było – jakkolwiek to zabrzmi – przypadkiem szczególnym. Związani z Czerniejewem, urodzili się na dalekiej Ukrainie a to, że w ogóle przeżyli, jest w kategoriach metafizycznych cudem,  w kategoriach zaś czysto ludzkich jest wynikiem bohaterskich zachowań wielkich ludzi, których historia oceniła różnie. Popularne porzekadło powiada, że ktoś miał szczęście w nieszczęściu. Bez wątpienia, mała Wandzia i jej kolega Antoś urodzeni na niegdyś polskim Wołyniu, doznali tego szczęścia z nadmiarem, bo dzięki szczęściu oraz ryzykownemu zachowaniu wielu ludzi, przeżyli. Imiona obu bohaterów tego materiału są autentyczne, ich  nazwisk nie będę zaś tutaj wymieniał bo to nie jest potrzebne. Oboje urodzili się w dawnym województwie Stanisławowskim w roku 1935, wkrótce, tereny te znalazły się pod jurysdykcją sowiecką, a następnie zostały zajęte przez armię hitlerowską, ale obaj ci zaborcy panowali tam co najwyżej w dzień. Noc należała niepodzielnie do Ukraińskiej Powstańczej Armii.  

Będąc dziećmi oboje doznali głodu i traumy wynikającej z zagrożenia ze strony UPA, a mały  Antoś rozminął się ze śmiercią dlatego, że pełniąc dyżur przy wytwórni bimbru, spróbował swego produktu i zasnął pod łóżkiem w czasie, gdy jego wieś doświadczyła napadu banderowców i spłonęła. On przeżył dlatego, że był akurat pijany. Okoliczności tych wstrząsających zdarzeń, są opisane w książce i nie będę ich tutaj powtarzał, bo nie to jest celem tego felietonu. Celem tym jest oddanie czci ludziom, którzy w tamtych strasznych czasach wznieśli się ponad strach o własne życie, a jak wyniknie z dalszego ciągu narracji, ryzykowali nie tylko swoim… Autor tego tekstu nie ma ambicji napisania historii tych czasów, takie dzieło wymagałoby sięgnięcia do źródeł i dokumentów, aby nie pominąć wszystkich osób i faktów. Ja, na potrzebę chwili wymienię tylko dwie osoby, które w kontekście wydarzeń związanych z tym artykułem, odegrały rolę zasadniczą.

Pierwszą z nich był hr. Adam Ronikier, pierwszy prezes Rady Głównej Opiekuńczej, który położył fundamenty niezbędne do zaistnienia tej organizacji i za dobro wyświadczone Polsce i Polakom „zasłużył” sobie u naszych wschodnich sojuszników na wyrok śmierci ogłoszony przez polskojęzyczną rozgłośnię „Kościuszko” gdy tylko Krasnaja Armia go dopadnie. Na szczęście nigdy do tego nie doszło, hrabia Adam zmarł w USA, a wolna Polska w 2009 roku sprowadziła Jego kości do kraju i pochowała je z honorami na warszawskich Powązkach. hr. Ronikier zawsze czuł się Polakiem, chociaż Niemcy chcieli Go uznać za swojego kolaboranta, bo miał niemieckie korzenie. Drugą osobą którą tu chcę wymienić, jest pani profesor Jadwiga Klimaszewska, bezpośrednia realizatorka ratowania polskich dzieci z Ukrainy. Otóż Pani profesor od 1944 roku  była szefową „warowni wołyńskich sierot” w Pieskowej Skale k. Krakowa. Jest rzeczą oczywistą to, że zaistnienie i trwanie takiego ośrodka na zamku w Pieskowej Skale, ani też ewakuacja polskich dzieci z Ukrainy nie była możliwa bez zgody i pomocy Niemców w czasie, gdy oni te tereny okupowali. Coś takiego w kontekście dotychczasowej propagandy, wydaje się nieprawdopodobne, ale fakty są jednoznaczne a historia okazuje się bardziej złożona, niż nam się czasem wydaje. Mała Wandzia przyjechała do Pieskowej skały… schowana pod długą sutanną księdza, który zlitował się nad biednym dzieckiem. Nad innym – i to „nie naszym”, bo żydowskim chłopcem, zlitowała się kierowniczka sierocińca ryzykując życiem nie tylko swoim. Niemcy zgodzili się wprawdzie na zaistnienie ośrodka, ale niejednokrotnie  wpadali do niego z wizytą kontrolną i nie trudno domyślić się skutków, gdyby fakt takiej niesubordynacji wyszedł na jaw.  Ponieważ mój czas dobiega końca, wypada mi jeszcze powiedzieć, że to żydowskie dziecko szczęśliwie doczekało końca wojny i zostało odebrane przez ojca, któremu też udało się uniknąć zagłady.

Na koniec sygnalizowany na początku związek Ukrainy z Czerniejewem. Otóż w roku 1945, dzieci z Pieskowej skały dotarły pociągiem do stacji Czerniejewo - oddalonej od miasta o 7 km i następnie piechotą dotarły do pałacu Skórzewskich, gdzie urządzono dla nich Państwowy Dom Dziecka. Tą i inne historie w pełnym wymiarze chętni odnajdą w książce „Życie przemija, pamięć pozostaje”. Polecam.
Informacjelokalne.pl