http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Bracia Słowianie

Stare porzekadło głosi, że dyplomata to taki człowiek, który dwa razy się zastanowi, zanim nic nie powie. Powyższe nie dotyczy niestety naszych – pożal się Boże – polityków. Oto bowiem polski minister spraw zagranicznych, bez najmniejszego nawet zająknięcia się był łaskaw stwierdzić, że KL Auschwitz – Birkenau wyzwolili Ukraińcy, ponieważ żołnierze wkraczający do obozu należeli do I Frontu Ukraińskiego. Po co to powiedział? Hmm… dobre pytanie. Chyba tylko po to, żeby rozzłościć Rosjan i dokuczyć im, co sądząc po reakcji naszych północno – wschodnich sąsiadów raczej się mu udało. Co tym zyskał? Nic!


Co zyskali przeciętni obywatele III RP? Nie dość, że nic, to jeszcze mogą spodziewać się rosyjskich retorsji. Szef polskiego MSZ o ewentualne działania odwetowe Rosjan oczywiście nie dba, bo co go one obchodzą. Tak samo zresztą jak fakt, że skutki retorsji mogą odczuć zwykli polscy obywatele. Smaczku całej tej – nakręconej przez szefa polskiej dyplomacji – aferze dodaje fakt, że tenże sam minister oburzył się bardzo i zażądał natychmiastowych przeprosin, kiedy to dyrektor FBI był łaskaw wypowiedzieć się w sprawie „polskiej współodpowiedzialności za holocaust”. Zaiste, trudno o lepszy przykład na mentalność Kalego.

Inną, równie drażliwą, kwestią w stosunkach polsko – rosyjskich był przejazd przez Polskę rosyjskich motocyklistów, pragnących rajdem na trasie Moskwa – Berlin (Torgau) uczcić 70. rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem. Żeby było śmieszniej, bikersi zamierzali składać wiązanki kwiatów nie tylko w miejscach upamiętniających poległych Rosjan, ale także i Polaków. A żeby było jeszcze śmieszniej, okazało się, że wcześniej Nocne Wilki już dwa razy gościli na naszych drogach. Nie tym razem jednak, media rozpętały taką nagonkę, że zanim pierwszy rosyjski motocyklista w ogóle wjechał do Polski, skutecznie odsądzono ich już od czci i wiary, przy okazji przemianowując na „bandytów na motorach”, „gangsterów w skórach”, „przyjaciół Putina”, „motocyklowy gang nacjonalistów” itp. No, a wpuścić kogoś takiego w granice naszego szlachetnego kraju po prostu niepodobna. Polskie władze przypomniały sobie, że mają „cohones” (wybory prezydenckie też pewnie robią swoje) i wydały zakaz wjazdu do Polski, przy okazji odstawiając szopkę (pokaz siły!) na przejściu granicznym Brześć – Terespol. A wszystko to, pomimo protestów polskich bikersów, którzy od lat przyjaźnią się i współpracują ze swoimi rosyjskimi odpowiednikami, doznając dużej pomocy między innymi podczas organizowanego od lat Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego. Oczyma wyobraźni już widzę zdziwioną i pełną oburzenia minę ministra spraw wewnętrznych, kiedy w kwietniu przyszłego roku, Rosjanie będą utrudniać pobyt na swoim terytorium polskim motocyklistom.

Powyższe, ale też i inne przykłady głupich, nieodpowiedzialnych, a przede wszystkim niczemu i nikomu nie służących komentarzy czy działań polskich polityków (bezwarunkowe wspieranie – także militarne – banderowskiej Ukrainy, przesunięcie specjalną uchwałą sejmową Dnia Zwycięstwa z 9 na 8 maja, zapowiedź budowy (za unijne pieniądze) systemu wież obserwacyjnych na granicy z Obwodem Kaliningradzkim, organizowanie alternatywnych obchodów zakończenia II wojny światowej na… Westerplatte (!!!), publiczne i ostentacyjne deklarowanie chęci zakupu amerykańskich Tomahawków – ciekawe za co?) sprawiło, że kiedy podczas pierwszego majowego weekendu przekraczałem kawałek za Braniewem polsko – rosyjską granicę, czyniłem to z duszą na ramieniu. Obawiałem się złośliwego traktowania przez rosyjskie służby graniczne, a kiedy nic takiego nie nastąpiło, martwiłem się z kolei ewentualnymi kontaktami z Rosjanami, mieszkającymi w Kaliningradskoj Obłasti, którzy – jak twierdził przewodnik – uważają Polaków i Łotyszów za największych faszystów w Europie.

Ośmielony bezproblemowym przekroczeniem granicy, a następnie miłymi, sympatycznymi i uśmiechniętymi twarzami ekspedientek, kelnerek, kasjerek, muzealnych przewodników, recepcjonistek i zwykłych bazarowych sprzedawców, zdecydowałem się „zagadać”. Prawie za każdym razem było to coś w stylu, czy nie boją się nas obsługiwać, skoro tak bardzo nas nienawidzą. Za każdym też razem Rosjanie okazywali nieukrywane zdziwienie i stwierdzali, że to nieprawda, a jak już, to przecież nie oni nas, tylko to my ich nienawidzimy. Po dosłownie trzech – czterech zdaniach topniały wszelkie lody i za każdym razem dochodziliśmy do wspólnego wniosku, że to nasi politycy chcą, ażebyśmy się nienawidzili.

Nic dodać, nic ująć, a podczas niedzielnych wyborów naprawdę warto o tym pamiętać.
Więcej w tej kategorii: « Na co liczyliśmy? Sport, to zdrowie! »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.