http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Test

Wyróżniony Test

Przez cały szereg długich lat powtarzałem ów rytuał, rytuał, który stał się moją drugą naturą. Każdego dnia rano, tuż po przebudzeniu, sprawdzałem czy nie ma mnie na liście stu najbogatszych Polaków. Jeżeli mnie tam nie było, to oczywiście wstawałem i jechałem do pracy.


W pracy z kolei, pierwszą rzeczą, jaką ostatnio robiłem, było sprawdzenie czy nie mam przypadkiem jakiegoś marszu lub protestu w obronie demokracji, a przeciwko brutalnemu autorytaryzmowi, prymitywnej indoktrynacji i ogólnie pojętej brutalizacji – delikatnie mówiąc – naszego życia społecznego i politycznego. Jeżeli nie było, to siadałem za biurkiem i brałem się do roboty. Wcześniej jednak sprawdzałem, czy nie zmienił się przypadkiem p. o. prezydent, p. o. premier oraz p. o. minister, któremu podlegał mój resort. Jeżeli nie, to mój zapał do pracy znacznie spadał, gdyż mój ciężki trud i tak zostawał – w najlepszym razie – zmarnotrawiony.

Nie mając zatem zbytniej motywacji do pracy, zasiadałem do śniadania. Wcześniej jednak sprawdzałem, czy aby na pewno zabrałem ze sobą swój ulubiony kefirek z ziarnami słonecznika, gdyż tylko to jadam na pierwszy posiłek.

Wstępnie posilony, zasiadałem przy komputerze, wcześniej jednak sprawdzałem czy jest prąd. Jeżeli był, puszczałem sobie moje ulubione kawałki muzyczne i zaczynałem pisać. Zanim jednak napisałem, długo myślałem, co w ogóle mam pisać. Zajmowało mi to nieco czasu, więc organizowałem sobie szybko coś na kształt drugiego śniadania. Przedtem sprawdzając oczywiście, czy na liście stu najbogatszych rodaków coś nie drgnęło, czy przypadkiem nie pojawiło się tam moje nazwisko.

Po drugim śniadaniu (najczęściej kefirek ze zmiksowanymi – mrożonymi – truskawkami) przychodziła pora na poranny przegląd prasy. Wcześniej jednak obstawiałem zakłady, wybudowania ilu nowych pomników, tablic, ulic, rond itp. poświęconych Lechowi… (zapomniałem nazwisko!) lub innym takoż „wyklętym”, zażądał „narut”.

Trzecie śniadanie odsuwałem nieco w czasie, gdyż od natłoku informacji o nowych przedsięwzięciach „repolonizacji”, błogosławieniu „dzieł”, oddawaniu w opiekę, zawierzaniu itp. politycznych hucpach miałem mdłości i okropną niestrawność.

Nieubłaganie nadchodziła pora, by zrobić coś pożytecznego dla społeczeństwa. Z olbrzymim zapałem i niesamowitym poświęceniem trenowałem więc... wstawanie z kolan! Przerywałem dopiero wtedy, kiedy czułem na skroniach pierwsze krople potu.

Po dobrze spełnionym obowiązku przychodził czas na trzecie śniadanko – wiadomo, kefirek z ziarnami dyni – jako, że do trzech razy sztuka. Zajadałem się więc sfermentowanym mlekiem i dyniowymi ziarenkami w ciszy i skupieniu, co oznaczało, że ciągle nie było mojego nazwiska wśród setki najbogatszych Polaków.

Czas szybko mijał podczas wydajnej pracy, trzeba się więc było zbierać niebawem do domu. Wcześniej jednak sprawdzałem swoją pocztę elektroniczną. Najczęściej znowu nikt mi nie proponował członkostwa w zarządzie Orlenu, NBP czy KGHM. Nie proponowano mi też stanowiska w żadnej innej radzie nadzorczej czy spółce skarbu państwa.
Rozczarowany do świata, który nie wiedzieć czemu, nie chciał poznać się na moich talentach, wsiadałem do auta i wracałem do Gniezna, gdzie znowu krzątałem się nieco...

Obiad zazwyczaj jadłem na kolację, a zaraz potem znowu ostro brałem się do roboty. Samo podlewanie kwiatów balkonowych zajmowało mi grubo ponad godzinę, że o ogrodowych nawet już nie wspomnę. Godzina nadziei, że oto może jednak jestem na tej liście stu najbogatszych... Rozczarowany, chciałem już tylko pooglądać telewizję, taką normalną, profesjonalną... z prawdziwymi wiadomościami, z profesjonalnymi dziennikarzami, no i z rzetelnym dziennikarstwem. Tylko skąd ją wziąć?  Najprawdopodobniej przyjdzie mi teraz – w wieku średnim stabilnym – uczyć się kolejnego języka. Kolejny trudny wybór, CNN czy France24, angielski czy francuski... Najczęściej zasypiałem przy telewizorze, nie rozstrzygnąwszy tego ostatniego dylematu...

Tak było, ale się skończyło, a właściwie, to się nie skończyło, tylko doszedł jeden nowy – jakże ważny – element. Otóż, teraz wstaję i przed wszystkimi, wymienionymi powyżej czynnościami, robię sobie test na obecność koronawirusa. A tak konkretnie, to biorę przygotowaną dzień wcześniej karteczkę i odpowiadam na pytanie: „Czy masz koronawirusa?”, zaznaczając jedną z trzech możliwych opcji: TAK, NIE, NIE WIEM. Zawsze wybieram opcję NIE i uspokojony, oddaję się czynnościom, o których było wcześniej.

Dlaczego tak robię? A, no, dlatego, że rząd nie zdążył przez 3 miesiące zamówić dla swoich obywateli odpowiedniej ilości testów klinicznych, pozostawiając ich samych sobie. Amen.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.