http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Jirzinek

Wyróżniony Jirzinek

Mam kolegę, Jirzinka, nieszczęśliwego jak cholera. Całe jego życie to jeden wielki pech, niekończące się pasmo udręk, nieszczęść i ciągłych upokorzeń. Przy czym nie chodzi wcale o jego imię, które jest ni to polskie, ni to czeskie ni to jakieś takie… nijakie, że nawet nie biblijne! Jeśli wierzyć jego opowieściom – a nie mam najmniejszego powodu, by im (Jirzinkowi) nie ufać – to wszystko zaczęło się, kiedy był jeszcze w łonie swojej matki. Ponoć lekarz, który wykonał pierwsze zdjęcie USG, osobiście dokonał jego retuszu (photoshopa jeszcze nie było), zanim zdjęcie to pokazał kobiecie. Dzięki temu drobnemu oszustwu, mama chłopca pozostawała przez okres ciąży w błogiej nieświadomości, co z kolei było niezwykle korzystne dla zdrowia, zarówno jej jak i dziecka. Prawdziwy szok (a właściwie załamanie nerwowe) rodzicielka przeżyła dopiero tuż po szczęśliwych narodzinach upragnionego potomka.


Wszyscy doskonale wiemy, że wygląd zewnętrzny człowieka nie ma większego znaczenia, a jego prawdziwa wartość kryje się we wnętrzu (jasnym umyśle i dobrym sercu). Mama Jirzinka także doskonale o tym wiedziała, a mimo to, karmiąc go piersią, zamykała oczy i wyobrażała sobie ślicznego synka swoich sąsiadów.

Chłopiec rósł jak na drożdżach i z czasem zaczął zadawać trudne pytania. Trudne oczywiście dla matki, no bo co właściwie kochająca mama powinna odpowiedzieć własnemu dziecku, które ją pyta, dlaczego jest inne niż wszystkie dzieci i dlaczego takie brzydkie. Więcej niż karkołomne szukanie odpowiedzi sprowadziło się jedynie do stwierdzenia, bo cię w szpitalu zamienili!

Problem braku rówieśników do wspólnej zabawy, załatwiało pęto kiełbasy zawieszone na szyi Jirzinka, ponieważ momentalnie wszystkie psy z sąsiedztwa natychmiast zapragnęły się z nim bawić.

Zdecydowanie gorzej było już, kiedy w grę wchodziła reakcja osób trzecich, jak na przykład podczas wspólnych, rodzinnych podróży. Normą stało się bowiem, że jego starsze rodzeństwo nagminnie częstowano cukierkami (Ach, jakie słodkie dzieciaki!), a on obowiązkowo dostawał banana (jak na małpkę przystało!).

Bycie maszkaronem miało też i swoje dobre strony – było ich niewiele, ale były – na przykład podczas przedszkolnych i szkolnych balików przebierańców czy też w czasie najróżniejszego rodzaju inscenizacji, kiedy to Jirzi obowiązkowo grał role wampirów, czarowników, wilkołaków, zombie itp. Oczywiście bez przebierania się i bez jakiejkolwiek charakteryzacji.

Życie go nie oszczędzało, pół biedy, kiedy uważano Jirzinka za wyposażenie pracowni, które jakimś cudem wypadło z pojemnika z formaliną, bo do tego już przywykł, a nawet nabrał dystansu i to do tego stopnia, że w szkole sam zgłaszał się jako pomoc naukowa, z powodzeniem ilustrując np. neandertalczyka.

Zdecydowanie gorzej zrobiło się wtedy, kiedy pojawiły się pierwsze uczucia, pierwsze  randki. Nietrudno sobie wyobrazić co czuł Jirzinek, gdy jego pierwsza sympatia, na pierwszym spotkaniu powiedziała, że chciałaby mieć takiego chłopaka jak on, czyli takiego, który będzie traktował ją tak jak Jirzinek, ale żeby nie był taki brzydki!

Czas płynął nieubłaganie, Jirzi przywykł już do swojej roli brzydala i maszkarona, a nawet pogodził się z nią i wszystko byłoby dobrze, gdyby niektórzy ludzie lub zły los od czasu do czasu nie przypominały mu o jego „życiowej roli”.

I kiedy już się wydawało, że tak będzie zawsze, Jirzinek wczuł się w rolę suwerena i postanowił zapisać się do partii, będącej przewodnią siłą narodu. Jakież było jego zdziwienie, gdy na pierwszym spotkanie, zanim cokolwiek jeszcze zdążył powiedzieć czy zadeklarować, marszałek Terlecki, wyraźnie wskazując na Jirzinka, zapytał: „Kim jest ten młody, przystojny człowiek?”

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.