http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Nowy regionalizm, multikulti i gra w kulki

Wyróżniony Nowy regionalizm, multikulti i gra w kulki

Multikulti to takie określenie jakoś modne ostatnimi czasy, słyszałem je nawet na Powiatowym Dniu Dziecka. Wielkulturowość, jest dziś jednak passe, choć niby znaczy to samo. „Niby”, jest jednak jak „prawie” – „robi różnicę”. „Niby nic, a kamyk w bucie” napisał kiedyś Warda.


„Mój dom murem podzielony” – śpiewał Kazik w Kulcie, ale jak sam pointował wszyscy artyści to prostytutki”.

Tegoroczny Dzień Matki pokazał to dobitnie, które landy bliżej Berlina, a które Moskwy. A niby zabory były tak dawno. To nie jest ocena; co lepsze: Berlin czy Moskwa. Jeszcze w latach 80. XX wieku granica mentalna była granicą lepianek. Wystarczyło wyjechać za Borzykowo albo Strzałkowo. Kończył się ordnung, zaczynały gliniane chaty. Byliśmy inni, bo byliśmy inni. Wielkokulturowi. Ni lepsi, ni gorsi.

Tu obok siebie, znaczy po tej stronie granicy, mieszkali przed wojną: Szkiebr, Niemiec, Dojczkatolik, Żydek i Żyd, Polaczek i Polak, Wielkopolanin i Rasowa Pyra był tu też Rom i Cygan. W każdej z tych nacji byli ludzie i były gnidy.

Nie było to żadne miasto Trzech Kultur, wszystkie one tworzyły wypadkową. Byliśmy tu sąsiadami. Za kradzież kury był sąd, dla każdego, nie było normą obcinanie ręki sąsiadowi za porwane jajko — tu nie było Wołynia. Ukraińskich wideł i polskiej siekierki. Tu żyli sąsiedzi, raz lepsi raz gorsi. Z gorszymi się interesów nie robiło, nieważne jakiej nacji. Sól pożyczało się od sąsiadki czy ona była Helga, czy Jadźka lub Ryfka. Tak słyszałem od dziadka i starych Gnieźniaków. Kiedy obudził się demon, jakby kto zahipnotyzował, klątwę rzucił. Wczoraj pożyczali sobie sól, teraz rzucali solą w oczy Sieg Heil. Szaleju najedli się jedni, drudzy i trzeci. Miasto w cieniu Dwóch Wież stało się miastem w cieniu Dziekanki. T4 wisiało w powietrzu, ale i jak pisał Karol, trafiało do dołów.

A potem, przyszła komuna. Urawniłowka, każden co tu mieszkał: Polak, Żyd, Niemiec, Wielkopolanin – ten zwłaszcza — miał jeść ziemniaki, siedzieć na taborecie, ważyć kilogramy i jeść placki ziemniaczane. Tak chcieli towarzysze. Chodziliśmy do szkoły, a nie do lani. Mieliśmy mówić ładnie. Tak jakby ryczka, plyndze, antrejka nie były ładne. Jakby pyry gorzej smakowały niż ziemniaki czy kartofle.

Władza ludowa przetransportowała nam Hadziajów. Przyjęliśmy i tych, choć wielu z nich nie wiedzieć po co trzymało siekierę pod poduszką. Jak im kto z dobroci serca dał z 3 funty pyrek w tytce, to robili ślipska większe niż piątka z rybakiem. Z czasem też zaczęli szlifować Kareję, i siadać podle angielki na ryczce. Zaczęliśmy sobie pożyczać sól i farynię. I pewnie byłaby ta nowa wielokulturowość, my ze swoim zaśpiewem, rozumielibyśmy się z ich zmiękczonym akcentiem po lewo i po prawo. Ktoś nam jednak zabronił. Kazał udawać, że jemy kartofle, twarożek, a to przecie wiadomo na ryczce wygodnie, a na stołku czy taborecie dupsko nas boli. Wmawiano nam w szkole, że kiedy mówimy akuratnie, to jest to niechlujne. No to przestaliśmy być pynktliś, przestaliśmy mieć wszystko rychtyk w ordnungu. Jeszcze nie papudraki już nie majstry.

Daliśmy się oskubać z własnej tożsamości. Dzieci i młodzież nie wiedzą, kim był Rózakolski i po co wirówka do mleka. Mydlarnię Zwierzyńskiego rozebrało miasto, po cukrowni Grabskiego już nie ma nawet wysłodków. Za późno już na separatyzm, Tak jak Katalonia już nie będzie wolna. Dziś nic nam nie da powszechnie w Polsce dzielenie. Ci są nasi, a tamci nie. Jakieś chore opcje, że my to skąpi, oni rozrzutni. Prawdziwi - nieprawdziwi. Dziś Wielkopolaninem jest ten, który chce nim być. Oczywiście, wschodnia Wielkopolska to nadal oksymoron. Jeśli jednak ktoś przyjeżdża do nas, tu żyje, płaci podatki, nie próbuje nas zmieniać, zaczyna siadać na ryczce, no już nie podle angielki, bo ich po prostu już nie ma, tych angielek, to przecież jest swój. Ten podział Berlin – Moskwa powinien zanikać, a jak widać, rów nienawiści się pogłębia.

Nowy regionalizm to wielokulturowość naszych fyrtli, winkli i ulic. Kareja jest wprawdzie jedna, ale czy dlatego mamy komuś pozwalać ją szlifować, a komuś zabraniać?

Jasne nowy regionalizm, który redefiniuje wielkopolskość nadal, jeśli jest patriotyzmem prawdziwym, to jest to patriotyzm koszuli, a nie płaszcza. Bo koszula: winkiel i fyrtel bliższe ciału niż warszawskie palto. Ten dzień matki pokazał, jak wiele mamy kompleksów, jeśli nie wybieramy swoich.

Nie komentuję wyborów, nie wyznaję mitu demokracji, więc… Po prostu nie rozumiem, dlaczego tu oddaliśmy głosy, na tamtych, którzy nie płacą podatków w Wielkopolsce. No rozumieć nie muszę. A jednak kocham mój fyrtel, winkiel i ryczkę. Co ja mogę za to, że łatwiej mi dogadać się z Hanysem czy Paprykarzem...

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.